wtorek, 19 sierpnia 2014

Od Gryffina

A darmo dostaje się tylko to, czego nikt inny nie chce. I śmierć. Śmierć też jest za darmo.
***
Uchylam okiennice, odsłaniam firany, przede mną rozpościera się widok ulicy Szóstego Dystryktu. Spostrzegam chłopca z chlebem, który goni co sił w nogach przez ulicę i co ułamek sekundy ogląda się przez ramię. Wyostrzam wzrok, aby dostrzec każdy konkretny szczegół. Strażnicy Pokoju podążają ślad w ślad za chłopaczyną, wyciągają broń i namierzają cel. Przecież nie mogę tak stać! Szoruję po schodach kamienicy i natychmiastowo znajduję się w centrum akcji. Osłaniam rękoma sfrustrowane dziecko. Ciężko sapie a samo czoło lśni od potu.
-Stać! -donośny krzyk dekoncentruje władze, ale nadal wiem, że jesteśmy na celowniku.
Theta. Właśnie stanąłem w obronie jednego z jej rodzeństwa- Godfryda.
Jeden z żołnierzy wypuszcza z rąk rynsztunek grzmocąc go o ziemię, bierze kurs na przyjaciółkę, zaś drugi mnie unieruchamia. Nie zdążę wyzwolić się z uścisku, wiem, że to koniec.
Strażnik zbliża się do Thety i przytyka jej nóż do gardła, wymierzając tym samym zgon. Małemu śle kuksańca tak potężnego, że wraca do domu w podskokach.
Straciłem przytomność kiedy w pobliżu rozpylono gaz łzawiący. Budzę się po paru minutach po zdarzeniu. Leżę w bezruchu. Czuję, że ktoś łagodnie głaszcze mnie po głowie, odruchowo chcę rzucić się do ucieczki, ale ta pieszczota wydaje się intrygująca, więc tylko dyskretnie zawodzę z bólu. Kobiece, rude włosy opadają na moje ramiona, marszczę brwi. Nie protestuję, kiedy w geście pomocy wyciąga do mnie dłoń, ale wiem, że nie jestem zbyt społecznym typem, teraz po śmierci ukochanej.
Podnoszę się z chodnika, bo prawdopodobnie po upadku walnąłem głową o ziemię, i odchodzę bez słowa. Zdaje sobie przykrą prawdę. To spotkanie nie było przypadkowe.
Dzisiaj dożynki, prawdziwa rzeź społeczna. Nikt nie zdoła wydostać się z sideł Kapitolu w dniu kiedy mają nas jak na widelcu. Stoję wśród rzeszy młodych, muskularnych mężczyzn i odruchowo obgryzam paznokcie, nerwowo  ale ustabilizowanie rozglądając się dookoła wyszukuję wzrokiem rodzinę Thety pogrążonej w żałobie, ale nawzajem nie potrafimy spojrzeć sobie w oczy. Mały Godfryd tkwi w objęciach matki i wytyka mnie palcem, z kwaśna miną mówi coś na ucho do mamy, ukrywając usta w dłoniach. Domyślam, że są to urazy skierowane pod moim adresem, lecz mniejsza z tym, kto polubiłby kiedykolwiek chłopca o podobnej postawie jak moja? Odpowiedź brzmi nikt. Nie kwapię się do odszukania pośród tłumu ani ciotki, ani nawet samej Jeniffer, obie są siebie warte. Koścista Margaux zaszczyci nas dzisiaj swoją obecnością na tegorocznych dożynkach. Rok w rok jej twarz jest regularnie demonstrowana w kapitolińskim programie nadawanym trzy razy na tydzień noszącym tytuł ''Aleja Gwiazd'', co ja nazwałbym raczej ''Aleją Dziwaków'', więc bez oporu można zapamiętać jej nieludzki wygląd, o ile posiada się w domu hologram lub chociażby telewizor. Jako zagorzała fanka operacji plastycznych poddała się upiększającemu zabiegowi. W efekcie ma twarz w odcieniu zgniłego kabaczka, sztuczne, porcelanowe zęby oraz twarz wyglądem przypominającą nieregularny trójkąt oraz owalne usta. Siwe włosy upięła w  kok obwiązany kokardą wysadzaną cekinami, który podkreśla jej anoreksyjne obojczyki. Na samą myśl o jej aparycji mam ochotę doszczętnie zwrócić śniadanie. Kobieta stoi na środku wygłaszając epizod dożynek z kapitolińskim akcentem i z podniesioną głową prezentuje różowe okulary do czytania. Scenicznym krokiem w wielkiej fatydze udaje jej się podejść do jednej z kul ze świstkami papieru, na których jest napisane drobnym, drukowanym drukiem imię oraz nazwisko dziewczyny reprezentującej Szósty Dystrykt. Opornie chwyta za karteczkę zajmującej miejsce tuż przy brzegu, nabiera powietrza do płuc.
-Emilia Bright Imanaka!- mówi skwaszonym tonem.
Emi za wstawiennictwem Strażników Pokoju podąża na platformę, nie oszczędzając kroku, wygląda bardziej na usatysfakcjonowaną niż spłoszoną, kiedy potyka się tuż u stóp Margaux. Wybiera pierwszą, lepszą karteczkę z kuli chłopców.
- Gryffin Redberd - apeluje z mizerną miną wciąż cedząc przez zęby.
Słyszę zastraszający krzyk wydobywający się z ust Mei, jestem ciekaw kiedy cofnęła się do mnie myślą.
Szereg mężczyzn rozstępuje się, aby zrobić przełaz. Stąpam po żużlu co prędzej znajdując się na platformie. Czuję na sobie przenikliwy wzrok Emi, sprawę bagatelizuje uścisk Margaux.
Lada chwila oboje znajdujemy się w pociągu, właśnie wtenczas nawiązujemy pierwszy kontakt z naszym mentorem Cayo'em. Na pierwszy rzut oka wygląda świeżo po 30-stce. Dzieży oczami w kolorze bursztynowym. Na jego twarzy dostrzegam mrowie śladów po trądziku, które przysłania gęsty siwy zarost. Nie jest przesadnie urokliwy, pomijając spostrzeżenie, że jest szatynem. Gości na praktycznym fotelu, obejmuję w ramionach partnerkę siedzącą mu na kolanach i wybucha śmiechem.
-Violin, czy to są nasi tegoroczni trybuci?- pyta nadal nie powstrzymując się od chichotania, chwyta szampana i wystrzeliwuje korkiem w sufit.
Zza wagonu wentylacyjnego wychodzi czarnoskóra kobieta, to właśnie musi być nasza opiekunka, na chwilę obecną nie mam zastrzeżeń odnośnie jej naturalnego wyglądu. Bodajże to porządna wychowawczyni.
-Och, Cayo gdzie są Twoje maniery?- paradoksalnie przewraca oczami- owszem to nasi podopieczni - po czym wskazuje nas rękoma i krzepiąco klepie po głowach.
Sterczymy na środku kiedy Cayo macha ręką na znak, że możemy zasiadać przy szwedzkim stole, kamień z serca. Delektuję się potrawką z jagnięciny w sosie śliwkowym, zaopatruje się w sztućce i delikatnie konsumuję posiłek. Wpatruję się jak Emi chwyta jabłko, chyżo obiera skórkę nożem. Jedno takie uderzenie prosto z miejsca i powaliłaby przeciwnika na kolana. Dominuje drętwa atmosfera- Cayo lubuje się wiśniami i pluje pestkami prosto w twarz Violin, po czym wybucha ordynarnym śmiechem. Kobieta odchodzi inscenizacyjnym krokiem i zmierza na wyznaczone piętro w miejscu gdzie znajduje się jej prywatna sypialnia i słyszymy jak gromko zatrzaskuje drzwi. Widać, że postawa Cayo'a jest nieprzychylna, co tylko prowokuje i decentralizuje wspólniczkę. Mężczyzna nagania nas do odpoczynku a ja czuję się skołowany, bo chciałbym na osobności uzewnętrznić swoje uczucia Emi, ale zdaję sobie sprawę, że nie jestem dysponowany. Mimowolnie spełniam polecenie Cayo'a i z nieludzkim wysiłkiem układam się do snu. Pół godzinny spoczynek pociąga za sobą pragnienie. Przeczesuje palcami włosy i śpieszę ku wagonowi ze spiżarnią, mierzę wzrokiem półnagiego Caya obejmującego partnerkę i wiem, że tym samym odebrał mi apetyt, więc wgniatam plastikowy kubek w ręce awoksy i odchodzę zdegustowany. Co do postępowania mentora to dodatkowy pretekst, dzięki któremu nie zaprząta sobie nami głowy, kto by pomyślał. Śpieszę ku własnemu apartamentowi i zdumiewam się obecnością Emi, która spoczywa na podłodze i desperacko czemuś się przygląda. W zaciśniętej pięści prawej ręki trzyma procę z dzieciństwa i przewraca ją między palcami.
- Twojej roboty? - pyta zawieszając wzrok w przestrzeni.
- Jasne, to moja jedyna pamiątka z rodzinnego dystryktu, jak mógłbym jej nie zagarnąć? -czuję jak łza dotkliwie spływa mi po policzku. Jak za mgłą przywracam w pamięci zdarzenia, kiedy w towarzystwie Thety polowałem na dzikie bażanty w okolicach borów leśnych - Wyjdź.

piątek, 15 sierpnia 2014

Od Sary

Wpatruje się w morze. Spokojnie wpatruje się w fale ,które płyną niczym burza ,aby potem rozpłynąć się pod moimi nogami. Morze nie wydaje się skrępowane moim uważnym spojrzeniem. Szumi niezmiennie. Nawet gdybym tutaj umarła ,gdybym została w nie wrzucona ,ona nadal bez sprzeciwu będzie szumiało. To nie jest mój obrońca ,to nie ono ,ono nie jest w stanie mnie obronić. Nie jestem na nim bezpieczna ,ale na ziemi też nie ,więc.... gdzie jest moje miejsce? Dziś są dożynki ,to znaczy ,że ktoś zginie.Ja? Wątpię. Został już tylko rok. A potem będę wolna ,popłynę tam gdzie poprowadzi mnie morze i razem z nim będziemy wolni ,niebezpieczni i WOLNI. Wracam powoli do mojej chatki. Mieszkam tam z braćmi i jedną młodszą siostrą. Rodzice umarli na morzu... Tym samym nad którym dziś stałam ,tym samym które tak niezmiennie szumi. Wchodzę do domu ,jak zawsze śmierdzi tam rybami. Szybko ogarniam braci (niech jakoś się prezentują). I dokładnie czeszę moją siostrę.Wiem ,że nie mogę zostać wylosowana ,że oni beze mnie nie przeżyją.
***
Stoję wśród innych ludzi. Wszyscy wyglądają na uśmiechniętych ,bo przecież to dożynki i mamy się radować... Tak cieszmy się z tego ,że dziś jeden z nas zginie! Bawmy się i radujmy z tego ,że mój brat lub siostra zginą dla zabawy kapitolu ,przedtem mordując kilku swoich rówieśników. Stoimy w ciszy. Na środek wychodzi Gara - to jedna z wiernych pupilków kapitolu ,która zadecyduje kto z nas ruszy na rzeź. Jest gruba ,ale ma wysokie kości policzkowe przez co wygląda na chudszą.Ma na sobie ohydny fioletowy płaszcz. Burza zielonych włosów upada jej na twarz ,którą z kolei dodatkowo obciąża masa makijażu. Rzęsy ma tak długie ,że zastanawiam się jak ona utrzymuje otwarte oczy. Wygląda w tym wszystkim jak świnka Piggy. Dopiero kiedy mówi ,że dziewczyny mają pierwszeństwo zauważam wysokie ,ohydnie różowe szpilki. Podchodzi do kuli z karteczkami. Wiem już kto zostanie wylosowany. Czuję przez chwilę to niebezpieczeństwo ,z mojego oka wychodzi jedna łza cichutko opadająca na ziemię. Dokładnie w tym momencie Gara chwyta karteczkę ,karteczkę z moim imieniem...
-Sara Jerome -wykrzykuje na cały głos.
W pierwszym momencie mam odruch ucieczki. Jednak rozumiem,że to nic nie da. Przeklinam pod nosem ,było już rzucić się w ten ocean.Było zginąć wolna. Moja siostra delikatnie łapie mnie za rękę. Patrzy na mnie wielkimi przerażonymi oczyma. Nie mam co jej odpowiedzieć ,wiedze jej żal i obie zdajemy sobie sprawę ,że bardzo prawdopodobne jest to ,że zginę. Tłum robi mi przejście. Powoli idę. Nie mam opuszczonej głowy ,patrzę na wszystkich dookoła idę niczym czarna dama ,niczym duch ,który zstąpił na ziemię. Za mną idą cicho moi bracia ,tylko po to żeby się zatrzymać kilka metrów przed "sceną" i patrzeć jak samotnie tam idę. W ich oczach widać żal i upór. Widzę jednak w każdym wiarę i siłę. Wierzę ,że przeżyją. Zanim tam wejdę mówię jedyne zdanie jakie jestem w stanie wymówić:
-Dbajcie o nią... Musicie przeżyć. Wiem ,że to tyczy się też mnie.
-Och nasza gwiazda - Gra łapie mnie za ramie i ciągnie w swoją stronę.

Wszystko jest dla mnie obojętne ,mogę zginąć i tak kiedyś będę wolna.
***
Klepię po zadzie pięknego myszato-srokatego rumaka. Ile ja bym dała za takiego konia. Jest piękny silny i na pewno miał lepsze życie ode mnie. Będzie jeszcze przez wiele lat woził to żywe mięso ,takich jak ja. Mam na sobie piękną suknię ,mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy. Nie widać jednak tego ,bo wszystko przykrywają białe chmury niczym piana. Za mną ciągnie się piękny wodny ogon. Co dziwne ta woda nie jest mokra. Jest błękitna i wyjątkowo czysta. Moja projektantka prosiła abym nacisnęła pewien przycisk podczas parady. Wchodzę już do mojego powozu. Unoszę głowę. Jestem wolna ,wolna jak ocean . WOLNA .WOLNA.WOOOLNA. Ruszamy tak delikatnie ,że nawet tego nie czuję. W środku drogi wciskam przycisk. Z mojego stroju wytryskuje dona fontanna ,wygląda to tak jakbym miała piękne skrzydła ,przyozdobione pianą. Jestem panią morza ,nie da się go oswoić ,ja potrafię z nim rozmawiać. Okrzyk podziwu ludzi ,blask reflektorów ,moje odbicia w kamerze... Jestem piękna ,ale to wszystko jest dla mnie niczym. Znów ta samotna łza kapie mi na rękę ,nie widać tego ,zbyt dużo makijażu. Prezydent patrzy powoli na wszystkich trybutów ,igrzyska się zaczynają...
***
Awis - mój mentor. Zachowuje się tak jakby miał mnie w d*pie. Ale to zapewne dlatego ,że nie odezwałam się nawet kiedy próbował ze mną porozmawiać. Nie jem. Wolę zginąć z głodu niż jeść te śmierdzące kapitolińskie jedzenie. Patrzę uważnie na Awisa.
-Czego?! -pyta zirytowany. Widać ,że ma mnie już dość.
-Kiedy zaczynają się treningi? -Mówię z władczą mocą ,niczym prawdziwa królowa oceanu. Mentor patrzy na mnie ze zdziwieniem ,chyba nie spodziewał się po mnie odpowiedzi.
-Zaczynasz jutro.
-Jakieś wskazówki?
-Co umiesz?
Co ja umiem. Całkiem niezłe pytanie... Co ja umiem ,co może się przydać....
-Pływam -mówię
-Chcesz zabić kogoś pływaniem? -kpi ze mnie
-W wodzie każdy ma równe szanse nikt tam nie wytrzyma tyle co ja.
-Nie wiesz ile znajdziesz wody na arenie! Zdziwię cię ,ale to nie zawsze jest OCEAN.
Patrzę spokojnie na niego ,niech mówi co chce. Wiem! Biorę ,kilka noży.
-Pokaż co potrafisz -drwi
Rzucam pierwszym nożem ,trafia dokładnie w sam środek zegara. Następnie biorę większy nóż i ciskam nim prosto w oko psa na pobliskim obrazie. Nie panuję już nad sobą. Wstaję i rzucam nożami we wszystkie ciekawe punkty. Uwalniam je z rąk tak prosto jak nici.Zawsze trafiają bezbłędnie. Potem siadam i spokojnie zaczynam jeść. Nawet niezłe to kapitolińskie jedzenie.
-Trening indywidualny - Szepcze Awis.
Uśmiecham się pod nosem ,niech i tak będzie...

EDIT (od joshephine) : Pamiętajcie, pojedyncze opowiadania zostają napisane przez właścicieli postaci, a autor lub współautor tworzą z nich posty. Każdy na tym blogu ma swoją ''broszkę'', zresztą sama osobiście nie wyrobiłabym się z opowiadaniami dla innych graczy i proszę do mnie w tej sprawie NIE PISAĆ. Pozdrawiam gorąco.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Od Gryffina

Mów szeptem, jeżeli mówisz o miłości.
***
Co raz rychlej odrzucam tę myśl.
Upadłem tak nisko, że niżej się nie da, osiągnąłem dno, jutro dożynki.
Czy zostanę ich ofiarą i wpadnę w śmiertelne niebezpieczeństwo, czy moje dotychczasowe życie ulegnie zdewastowaniu? Czy zdołam sprawić zawód bliskim? Czy jest jakakolwiek perspektywa, że zostanę wylosowany? Nie jestem tego świadomy.
Siedzę w kuchni niczym człowiek sparaliżowany umysłowo, z uwagą przypatruję się kafelkowej posadzce, czy tylko ja mam wrażenie, że brzmi to równie idiotycznie? Jennifer udała się do pralni aby usunąć detergenty wylane na moją koszulę, a ciotka Mei do południa ciężko pracuje w fabryce, więc jestem odseparowany, innymi słowy- czarna melancholia.
Zaraz, zaraz. Pewna koncepcja przejęła mój umysł. Czuję silne zapotrzebowanie mocnej substancji, która jest w stanie wypalić gałki oczne, która sprawi, że zapomnę o dotychczasowych zgryzotach. Bimber. Spirytus musi znajdować się w podręcznej apteczce. Na łeb na szyję obejmuję na własność flaszkę z alkoholem, która tylko prosi się o przepłukanie gardła. Delikatnie sączę trunek..do dna. Z miejsca tracę równowagę, momentalnie upadam na podłogę.
Kiedy w pełni odzyskuję świadomość łowię uchem dźwięki dochodzące z wewnątrz pomieszczenia. Słyszę ciche zawodzenie dochodzące tuż nade mną. Ale to nie wszystko. Cały ociekam potem, ból przeszywa mi okolice skroni, z trudem zaciskam powieki. Wyciągam dłonie aby zweryfikować twarz, czy obłąkańczy zmysł dotyku płata mi figle?
-Theta!
Przez pewien okres czasu nie jestem w stanie trzeźwo myśleć. Niekorzystnie czuję się z ideologią, że mogę mieć ponad półtora promila alkoholu we krwi. Tylko spokojnie to wyłącznie chora aluzja- powtarzam w myślach. ''Połykam wzrokiem'' twarz Thety i wyczytuję z jej twarzy ekstrawagancką troskę, której nigdy nie potrafiłem dostrzec,a co najmniej nie ubiegałem się o jej względy.
-Nie mogę Cię stracić -monologuję głucho.
-A ja nie dam przystępu do Twojego zgonu, bałwanie - zakrywa usta dłońmi ukrywając uśmiech.
-Zaśpiewaj coś, Twoja barwa głosu jest niezwykle ujmująca - wyznaję.
Obejmuje moją twarz i pośpiesznie całuje mnie w czoło.
-Muszę iść.
Już w progu drzwi mija się z Jeniffer, wymieniają spojrzenia, Theta znika w korytarzu.
-Pańska koszula, panie dorosły , jednak nie można pana spuścić z oka, bo się jeszcze pan Gryffin ...rozbestwi - udaje pijaną i ciska odzież w moją twarz - dobrze, że partnerka przyszła, no nie?
-Mei wie?- pytam, z miejsca podrywając się na palcach.
-Jak ciotka się dowie, to nas pozabija, co Ci odbiło do cho*ery?
-A jak myślisz? Wolę zabić się z własnej woli niż zginąć z rąk zawodowców! - warczę.
-Nie wylosują Cię!- wrzeszczy.
-A co jak chciałem was utrzymać? Wtedy to chyba z 15 astragalów do domu przyniosłem! Myślisz, że moje nazwisko przemknie im koło nosa, co?
-Fakt, nie było to najlepsze posunięcie, nienawidzę siebie za to. Za to ,że w wieku 9 lat posyłałam Cię po nie - wyznaje.
-Już i tak za późno, widocznie tak już musiało być.
Jennifer milknie, odchodzi. Kieruje się w stronę jadalni i szykuje porcelanową zastawę.W końcu udaje mi się zapaść w pół godzinną drzemkę.
Kiedy otwieram oczy wyczulony zmysł węchu daje się we znaki. Czuję woń krwi, zrywam się z łóżka i biegnę pokoju stołowego. Widzę, że Jeniffer tkwi ze stopą w bandażu, kiwa głową,czyżby dawała mi jakiś konkretny znak, chyba nie potrafi się wysłowić? Ciotka Mei zaparza herbaty i z ulgą ociera chustką spocone czoło przewracając oczami. Mam rozumieć, że o niczym nie wie? Zresztą Jeniffer nie jest typem donosiciela, więc lżej oddycham.
-Coś się stało?- pytam rozglądając się wokoło, staje wzrokiem na siostrze.
-A diabli wiedzą! Sądzi, że filiżanka spadła jej tuż pod nogi, to Ci heca, żyję czterdzieści siedem lat w Szóstce i podobny wypadek nigdy mi się nie wydarzył!- krzyczy z ironią - a Ty mógłbyś coś zjeść, godzi się śmiało policzyć Ci żebra!- podchodzi do mnie i wodzi palcem po klatce piersiowej. -Siadaj!
Bodajże : ''milczenie jest złotem...'' więc nie protestuję i posłusznie wykonuje polecenie.
Kulawa Jeniffer kuśtyka na zdrowej nodze i dołącza się do posiłku. Smaruje pajdę chleba puszystym kozim serem i z zapałem wpycha do buzi. Do reszty straciłem apetyt i skubię kromkę chleba z Czwórki, moczę ją w mleku i kosztuję się tym skromnym pokarmem. Kątem oka spoglądam na zegar, zostawiam kolację i udaje się na umówione już wcześniej spotkanie z Thetą.
-Hej. - wołam tuż u progu.
-Hej. Patrz w czym jutro uraczę przyjść na dożynki - parska z entuzjazmem i grzmota mi materiałem prosto w twarz. Oliwkowa sukienka podkreślająca dziewczęce kształty z koronkowym kołnierzem oraz białe lniane rękawiczki prezentują się imponująco urokliwie.
-Nie sądzisz, że definicja dożynek powinna brzmieć: Dożynki - utrata dotychczasowego dzieciństwa ?
Theta ciężko wzdycha, odbiera mi kieckę z rąk i skrupulatnie ją składa z sceptyczną uwagą na rękawy, momentalnie tracimy kontakt wzrokowy.
-Nie mów tak, jutro spotykamy się na placu, powodzenia- odgarnia grzywkę z mojej twarzy i posyła mi buziaka w policzek, na myśl, że poczuję się usatysfakcjonowany. No pewnie, że tak! Takie jedno muśniecie warg Thety i ponownie odnoszę wrażenie, że ktoś w końcu docenia mój zgryźliwy charakter.
-Dobranoc - wyznaję ze spuszczoną głową i zatrzaskuję drzwi, a ostatecznie mój wyraz oczu pada na płytę chodnikową.
Dalszą drogą wlokę się ulicami Szóstego Dystryktu, po drodze mijam znajome twarze a ostatecznie kolegę ze szkolnej ławki a ja przekazuję mu solidnego kopniaka w tyłek po czym wybuchamy śmiechem a na pożegnanie macham ręką w jego kierunku dobrze, że chociaż on jeden potrafi się śmiać bo inaczej umarlibyśmy ze strachu. Na targu kupuję dorodnego bażanta skorego do zjedzenia. Takie ptactwo to prawdziwa rozkosz dla podniebienia, więc gdy docieram do domu ciocia Mei wrzeszczy, że będzie to prawdziwa kolacja od równych sześciu lat. Pomimo tego, że dogłębnie jej nienawidzę cieszę się na myśl, że chociaż zakup ptaka jest pozytywnym wydarzeniem dnia. Jannifer okazjonalnie wyjęła z kredensu srebrne sztućce, które były prezentem ślubnym dla Mei i jej męża, co na pewno przywołuje ciotce przykre wspomnienia. Delektujemy się bażantem w głuchej martwocie, nikt nie odzywa się słowem. Dokładnie zdaję sobie sprawę co przyniesie jutrzejszy dzień i z trudnością przełykam mięso, które utkwiło w przełyku.
***
EDIT: Doczekaliście się rybeńki kolejnej części, następna pojawi się niebawem, aby nie trzymać was w dalszej niepewności. Oczywiste, trybutem pozostanie Gryffin, ale pewna okoliczność, będzie trapiła jego życie aż do zgonu na arenie.
Proszę, jeżeli czytasz skomentuj, bardzo zależy mi na Twojej opinii! ((:

piątek, 8 sierpnia 2014

Od Emi

Strach. Jedyne uczucie, którego nie potrafię opisać. Czym jest strach? Co go wywółuję? Dlaczego się boimy?
Nie wiem.
Wiem tylko tyle, że za parę godzin stanę w idealnie ustawionym tłumie dziwecząt ubranych w okazjonalne stroje, tylko z jednym astragalem. Czy wogóle jest jakakolwiek możliwość, że zostanę wylosowana? Nie mam pojęcia.
Postanowiłam zwlec się z łózka i przejśc się na łąkę.
Transport. Wszędzie widać jego wpływy; fabryki, huty i pracownie na kazdym kroku zastępują roślinność, więc przebywanie na łące jest dla mnie niczym nie zastąpionym uczuciem.
W tym specjalizuje się szóstka. Czy ma to sens? Transport; to takie dziwne. Przecież i tak nikomu nie jest on potrzebny, skoro nie można opuszczać własnych dystryktów. Bez sensu.
Kiedy doszłam na łąkę położyłam się, zamknęłam oczy i kompletnie odizolowałam od okrutnej rzeczywistości.

***

Dum. Dum. Dum. Dum... Otworzyłam oczy. Dudniło mi w głowie. Myślałam, że to jakiś dziwny sen, ale nie. Był to zegar na dachu fabryki, informujący o porze dnia. Jest ósma rano.
Zerwałam się z miejsca i pognałam do domu, przygotować się na dożynki. Mama zaplotła z moich rudych włosów warkocz, pomogła mi się ubrać i odprowadziła wzrokiem na ganku, zanim nie zniknęłam za rogiem.

***

Margaux ( czyt. Margo ), jak zwykle wyglądła potwornie. Jej chuda i koścista twarz przybrała teraz zielonomodry odcień, a metaliczne włosy, ułożone w skompilowaną kokardę, kompletnie nie pasowały do koloru jej skóry i ubrania. No cóż...
Kobieta wygłosiła mowę powitalną, jak to zwykle bywało rzekła "panie mają pierszeństwo", po czym teatralnym ruchem włożyła rękę do misy z mnóstwem karteczek. Jedna z nich oznacza dla mnie śmierć.
Margaux wyjęła w końcu jedną z nich, a zrobiła to tak beztrosko, że niemal zwymiotowałam.
- Trybutką szóstego dystryktu, dumnie reprezentującą ten obszar, jest... Emi Brigit Imanaka!

***

W zamyśleniu zaczęłam głaskać szyję karego ogiera, kiedy z głośników dał się słyszeć ryk widzów, którzy domagali się wyjazdu z hangaru ekipy z jedynki.
Dystrykt 1...
2...
3...
4...
5...
Dystrykt 6! Konie ruszyły, a ja przez nagłe szarpnięcie niemal się przewróciłam. Wszyscy wiwatowali, a gdy Prezydent Snow skończył wygłaszać mowę, wszyscy trybuci ruszyli do swoich apartamentów.

***


Cayo nie był specjalnie zainteresowany ratowaniem nam życia, ani zasadniczo nawet rozmową. Powiedział, że muszę znaleźć wodę i dobrą kryjówkę. To w zasadzie wszystko co wyciekło z jego ust.

Nowa Członkini!

Powitajmy Sombrę!