A darmo dostaje się tylko to, czego nikt inny nie chce. I śmierć. Śmierć też jest za darmo.
***
Uchylam okiennice, odsłaniam firany, przede mną rozpościera się widok ulicy Szóstego Dystryktu. Spostrzegam chłopca z chlebem, który goni co sił w nogach przez ulicę i co ułamek sekundy ogląda się przez ramię. Wyostrzam wzrok, aby dostrzec każdy konkretny szczegół. Strażnicy Pokoju podążają ślad w ślad za chłopaczyną, wyciągają broń i namierzają cel. Przecież nie mogę tak stać! Szoruję po schodach kamienicy i natychmiastowo znajduję się w centrum akcji. Osłaniam rękoma sfrustrowane dziecko. Ciężko sapie a samo czoło lśni od potu.
-Stać! -donośny krzyk dekoncentruje władze, ale nadal wiem, że jesteśmy na celowniku.
Theta. Właśnie stanąłem w obronie jednego z jej rodzeństwa- Godfryda.
Jeden z żołnierzy wypuszcza z rąk rynsztunek grzmocąc go o ziemię, bierze kurs na przyjaciółkę, zaś drugi mnie unieruchamia. Nie zdążę wyzwolić się z uścisku, wiem, że to koniec.
Strażnik zbliża się do Thety i przytyka jej nóż do gardła, wymierzając tym samym zgon. Małemu śle kuksańca tak potężnego, że wraca do domu w podskokach.
Straciłem przytomność kiedy w pobliżu rozpylono gaz łzawiący. Budzę się po paru minutach po zdarzeniu. Leżę w bezruchu. Czuję, że ktoś łagodnie głaszcze mnie po głowie, odruchowo chcę rzucić się do ucieczki, ale ta pieszczota wydaje się intrygująca, więc tylko dyskretnie zawodzę z bólu. Kobiece, rude włosy opadają na moje ramiona, marszczę brwi. Nie protestuję, kiedy w geście pomocy wyciąga do mnie dłoń, ale wiem, że nie jestem zbyt społecznym typem, teraz po śmierci ukochanej.
Podnoszę się z chodnika, bo prawdopodobnie po upadku walnąłem głową o ziemię, i odchodzę bez słowa. Zdaje sobie przykrą prawdę. To spotkanie nie było przypadkowe.
Dzisiaj dożynki, prawdziwa rzeź społeczna. Nikt nie zdoła wydostać się z sideł Kapitolu w dniu kiedy mają nas jak na widelcu. Stoję wśród rzeszy młodych, muskularnych mężczyzn i odruchowo obgryzam paznokcie, nerwowo ale ustabilizowanie rozglądając się dookoła wyszukuję wzrokiem rodzinę Thety pogrążonej w żałobie, ale nawzajem nie potrafimy spojrzeć sobie w oczy. Mały Godfryd tkwi w objęciach matki i wytyka mnie palcem, z kwaśna miną mówi coś na ucho do mamy, ukrywając usta w dłoniach. Domyślam, że są to urazy skierowane pod moim adresem, lecz mniejsza z tym, kto polubiłby kiedykolwiek chłopca o podobnej postawie jak moja? Odpowiedź brzmi nikt. Nie kwapię się do odszukania pośród tłumu ani ciotki, ani nawet samej Jeniffer, obie są siebie warte. Koścista Margaux zaszczyci nas dzisiaj swoją obecnością na tegorocznych dożynkach. Rok w rok jej twarz jest regularnie demonstrowana w kapitolińskim programie nadawanym trzy razy na tydzień noszącym tytuł ''Aleja Gwiazd'', co ja nazwałbym raczej ''Aleją Dziwaków'', więc bez oporu można zapamiętać jej nieludzki wygląd, o ile posiada się w domu hologram lub chociażby telewizor. Jako zagorzała fanka operacji plastycznych poddała się upiększającemu zabiegowi. W efekcie ma twarz w odcieniu zgniłego kabaczka, sztuczne, porcelanowe zęby oraz twarz wyglądem przypominającą nieregularny trójkąt oraz owalne usta. Siwe włosy upięła w kok obwiązany kokardą wysadzaną cekinami, który podkreśla jej anoreksyjne obojczyki. Na samą myśl o jej aparycji mam ochotę doszczętnie zwrócić śniadanie. Kobieta stoi na środku wygłaszając epizod dożynek z kapitolińskim akcentem i z podniesioną głową prezentuje różowe okulary do czytania. Scenicznym krokiem w wielkiej fatydze udaje jej się podejść do jednej z kul ze świstkami papieru, na których jest napisane drobnym, drukowanym drukiem imię oraz nazwisko dziewczyny reprezentującej Szósty Dystrykt. Opornie chwyta za karteczkę zajmującej miejsce tuż przy brzegu, nabiera powietrza do płuc.
-Emilia Bright Imanaka!- mówi skwaszonym tonem.
Emi za wstawiennictwem Strażników Pokoju podąża na platformę, nie oszczędzając kroku, wygląda bardziej na usatysfakcjonowaną niż spłoszoną, kiedy potyka się tuż u stóp Margaux. Wybiera pierwszą, lepszą karteczkę z kuli chłopców.
- Gryffin Redberd - apeluje z mizerną miną wciąż cedząc przez zęby.
Słyszę zastraszający krzyk wydobywający się z ust Mei, jestem ciekaw kiedy cofnęła się do mnie myślą.
Szereg mężczyzn rozstępuje się, aby zrobić przełaz. Stąpam po żużlu co prędzej znajdując się na platformie. Czuję na sobie przenikliwy wzrok Emi, sprawę bagatelizuje uścisk Margaux.
Lada chwila oboje znajdujemy się w pociągu, właśnie wtenczas nawiązujemy pierwszy kontakt z naszym mentorem Cayo'em. Na pierwszy rzut oka wygląda świeżo po 30-stce. Dzieży oczami w kolorze bursztynowym. Na jego twarzy dostrzegam mrowie śladów po trądziku, które przysłania gęsty siwy zarost. Nie jest przesadnie urokliwy, pomijając spostrzeżenie, że jest szatynem. Gości na praktycznym fotelu, obejmuję w ramionach partnerkę siedzącą mu na kolanach i wybucha śmiechem.
-Violin, czy to są nasi tegoroczni trybuci?- pyta nadal nie powstrzymując się od chichotania, chwyta szampana i wystrzeliwuje korkiem w sufit.
Zza wagonu wentylacyjnego wychodzi czarnoskóra kobieta, to właśnie musi być nasza opiekunka, na chwilę obecną nie mam zastrzeżeń odnośnie jej naturalnego wyglądu. Bodajże to porządna wychowawczyni.
-Och, Cayo gdzie są Twoje maniery?- paradoksalnie przewraca oczami- owszem to nasi podopieczni - po czym wskazuje nas rękoma i krzepiąco klepie po głowach.
Sterczymy na środku kiedy Cayo macha ręką na znak, że możemy zasiadać przy szwedzkim stole, kamień z serca. Delektuję się potrawką z jagnięciny w sosie śliwkowym, zaopatruje się w sztućce i delikatnie konsumuję posiłek. Wpatruję się jak Emi chwyta jabłko, chyżo obiera skórkę nożem. Jedno takie uderzenie prosto z miejsca i powaliłaby przeciwnika na kolana. Dominuje drętwa atmosfera- Cayo lubuje się wiśniami i pluje pestkami prosto w twarz Violin, po czym wybucha ordynarnym śmiechem. Kobieta odchodzi inscenizacyjnym krokiem i zmierza na wyznaczone piętro w miejscu gdzie znajduje się jej prywatna sypialnia i słyszymy jak gromko zatrzaskuje drzwi. Widać, że postawa Cayo'a jest nieprzychylna, co tylko prowokuje i decentralizuje wspólniczkę. Mężczyzna nagania nas do odpoczynku a ja czuję się skołowany, bo chciałbym na osobności uzewnętrznić swoje uczucia Emi, ale zdaję sobie sprawę, że nie jestem dysponowany. Mimowolnie spełniam polecenie Cayo'a i z nieludzkim wysiłkiem układam się do snu. Pół godzinny spoczynek pociąga za sobą pragnienie. Przeczesuje palcami włosy i śpieszę ku wagonowi ze spiżarnią, mierzę wzrokiem półnagiego Caya obejmującego partnerkę i wiem, że tym samym odebrał mi apetyt, więc wgniatam plastikowy kubek w ręce awoksy i odchodzę zdegustowany. Co do postępowania mentora to dodatkowy pretekst, dzięki któremu nie zaprząta sobie nami głowy, kto by pomyślał. Śpieszę ku własnemu apartamentowi i zdumiewam się obecnością Emi, która spoczywa na podłodze i desperacko czemuś się przygląda. W zaciśniętej pięści prawej ręki trzyma procę z dzieciństwa i przewraca ją między palcami.
- Twojej roboty? - pyta zawieszając wzrok w przestrzeni.
- Jasne, to moja jedyna pamiątka z rodzinnego dystryktu, jak mógłbym jej nie zagarnąć? -czuję jak łza dotkliwie spływa mi po policzku. Jak za mgłą przywracam w pamięci zdarzenia, kiedy w towarzystwie Thety polowałem na dzikie bażanty w okolicach borów leśnych - Wyjdź.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz