Strach. Jedyne uczucie, którego nie potrafię opisać. Czym
jest strach? Co go wywółuję? Dlaczego się boimy?
Nie wiem.
Wiem tylko tyle, że za parę godzin stanę w idealnie
ustawionym tłumie dziwecząt ubranych w okazjonalne stroje, tylko z jednym
astragalem. Czy wogóle jest jakakolwiek możliwość, że zostanę wylosowana? Nie
mam pojęcia.
Postanowiłam zwlec się z łózka i przejśc się na łąkę.
Transport. Wszędzie widać jego wpływy; fabryki, huty i
pracownie na kazdym kroku zastępują roślinność, więc przebywanie na łące jest
dla mnie niczym nie zastąpionym uczuciem.
W tym specjalizuje się szóstka. Czy ma to sens? Transport;
to takie dziwne. Przecież i tak nikomu nie jest on potrzebny, skoro nie można
opuszczać własnych dystryktów. Bez sensu.
Kiedy doszłam na łąkę położyłam się, zamknęłam oczy i
kompletnie odizolowałam od okrutnej rzeczywistości.
***
Dum. Dum. Dum. Dum... Otworzyłam oczy. Dudniło mi w głowie.
Myślałam, że to jakiś dziwny sen, ale nie. Był to zegar na dachu fabryki,
informujący o porze dnia. Jest ósma rano.
Zerwałam się z miejsca i pognałam do domu, przygotować się
na dożynki. Mama zaplotła z moich rudych włosów warkocz, pomogła mi się ubrać i
odprowadziła wzrokiem na ganku, zanim nie zniknęłam za rogiem.
***
Margaux ( czyt. Margo ), jak zwykle wyglądła potwornie. Jej
chuda i koścista twarz przybrała teraz zielonomodry odcień, a metaliczne włosy,
ułożone w skompilowaną kokardę, kompletnie nie pasowały do koloru jej skóry i
ubrania. No cóż...
Kobieta wygłosiła mowę powitalną, jak to zwykle bywało
rzekła "panie mają pierszeństwo", po czym teatralnym ruchem włożyła
rękę do misy z mnóstwem karteczek. Jedna z nich oznacza dla mnie śmierć.
Margaux wyjęła w końcu jedną z nich, a zrobiła to tak
beztrosko, że niemal zwymiotowałam.
- Trybutką szóstego dystryktu, dumnie reprezentującą ten
obszar, jest... Emi Brigit Imanaka!
***
W zamyśleniu zaczęłam głaskać szyję karego ogiera, kiedy z
głośników dał się słyszeć ryk widzów, którzy domagali się wyjazdu z hangaru
ekipy z jedynki.
Dystrykt 1...
2...
3...
4...
5...
Dystrykt 6! Konie ruszyły, a ja przez nagłe szarpnięcie
niemal się przewróciłam. Wszyscy wiwatowali, a gdy Prezydent Snow skończył
wygłaszać mowę, wszyscy trybuci ruszyli do swoich apartamentów.
***
Cayo nie był specjalnie zainteresowany ratowaniem nam życia,
ani zasadniczo nawet rozmową. Powiedział, że muszę znaleźć wodę i dobrą
kryjówkę. To w zasadzie wszystko co wyciekło z jego ust.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz