Mów szeptem, jeżeli mówisz o miłości.
***
Co raz rychlej odrzucam tę myśl.
Upadłem tak nisko, że niżej się nie da, osiągnąłem dno, jutro dożynki.
Czy zostanę ich ofiarą i wpadnę w śmiertelne niebezpieczeństwo, czy moje dotychczasowe życie ulegnie zdewastowaniu? Czy zdołam sprawić zawód bliskim? Czy jest jakakolwiek perspektywa, że zostanę wylosowany? Nie jestem tego świadomy.
Siedzę w kuchni niczym człowiek sparaliżowany umysłowo, z uwagą przypatruję się kafelkowej posadzce, czy tylko ja mam wrażenie, że brzmi to równie idiotycznie? Jennifer udała się do pralni aby usunąć detergenty wylane na moją koszulę, a ciotka Mei do południa ciężko pracuje w fabryce, więc jestem odseparowany, innymi słowy- czarna melancholia.
Zaraz, zaraz. Pewna koncepcja przejęła mój umysł. Czuję silne zapotrzebowanie mocnej substancji, która jest w stanie wypalić gałki oczne, która sprawi, że zapomnę o dotychczasowych zgryzotach. Bimber. Spirytus musi znajdować się w podręcznej apteczce. Na łeb na szyję obejmuję na własność flaszkę z alkoholem, która tylko prosi się o przepłukanie gardła. Delikatnie sączę trunek..do dna. Z miejsca tracę równowagę, momentalnie upadam na podłogę.
Kiedy w pełni odzyskuję świadomość łowię uchem dźwięki dochodzące z wewnątrz pomieszczenia. Słyszę ciche zawodzenie dochodzące tuż nade mną. Ale to nie wszystko. Cały ociekam potem, ból przeszywa mi okolice skroni, z trudem zaciskam powieki. Wyciągam dłonie aby zweryfikować twarz, czy obłąkańczy zmysł dotyku płata mi figle?
-Theta!
Przez pewien okres czasu nie jestem w stanie trzeźwo myśleć. Niekorzystnie czuję się z ideologią, że mogę mieć ponad półtora promila alkoholu we krwi. Tylko spokojnie to wyłącznie chora aluzja- powtarzam w myślach. ''Połykam wzrokiem'' twarz Thety i wyczytuję z jej twarzy ekstrawagancką troskę, której nigdy nie potrafiłem dostrzec,a co najmniej nie ubiegałem się o jej względy.
-Nie mogę Cię stracić -monologuję głucho.
-A ja nie dam przystępu do Twojego zgonu, bałwanie - zakrywa usta dłońmi ukrywając uśmiech.
-Zaśpiewaj coś, Twoja barwa głosu jest niezwykle ujmująca - wyznaję.
Obejmuje moją twarz i pośpiesznie całuje mnie w czoło.
-Muszę iść.
Już w progu drzwi mija się z Jeniffer, wymieniają spojrzenia, Theta znika w korytarzu.
-Pańska koszula, panie dorosły , jednak nie można pana spuścić z oka, bo się jeszcze pan Gryffin ...rozbestwi - udaje pijaną i ciska odzież w moją twarz - dobrze, że partnerka przyszła, no nie?
-Mei wie?- pytam, z miejsca podrywając się na palcach.
-Jak ciotka się dowie, to nas pozabija, co Ci odbiło do cho*ery?
-A jak myślisz? Wolę zabić się z własnej woli niż zginąć z rąk zawodowców! - warczę.
-Nie wylosują Cię!- wrzeszczy.
-A co jak chciałem was utrzymać? Wtedy to chyba z 15 astragalów do domu przyniosłem! Myślisz, że moje nazwisko przemknie im koło nosa, co?
-Fakt, nie było to najlepsze posunięcie, nienawidzę siebie za to. Za to ,że w wieku 9 lat posyłałam Cię po nie - wyznaje.
-Już i tak za późno, widocznie tak już musiało być.
Jennifer milknie, odchodzi. Kieruje się w stronę jadalni i szykuje porcelanową zastawę.W końcu udaje mi się zapaść w pół godzinną drzemkę.
Kiedy otwieram oczy wyczulony zmysł węchu daje się we znaki. Czuję woń krwi, zrywam się z łóżka i biegnę pokoju stołowego. Widzę, że Jeniffer tkwi ze stopą w bandażu, kiwa głową,czyżby dawała mi jakiś konkretny znak, chyba nie potrafi się wysłowić? Ciotka Mei zaparza herbaty i z ulgą ociera chustką spocone czoło przewracając oczami. Mam rozumieć, że o niczym nie wie? Zresztą Jeniffer nie jest typem donosiciela, więc lżej oddycham.
-Coś się stało?- pytam rozglądając się wokoło, staje wzrokiem na siostrze.
-A diabli wiedzą! Sądzi, że filiżanka spadła jej tuż pod nogi, to Ci heca, żyję czterdzieści siedem lat w Szóstce i podobny wypadek nigdy mi się nie wydarzył!- krzyczy z ironią - a Ty mógłbyś coś zjeść, godzi się śmiało policzyć Ci żebra!- podchodzi do mnie i wodzi palcem po klatce piersiowej. -Siadaj!
Bodajże : ''milczenie jest złotem...'' więc nie protestuję i posłusznie wykonuje polecenie.
Kulawa Jeniffer kuśtyka na zdrowej nodze i dołącza się do posiłku. Smaruje pajdę chleba puszystym kozim serem i z zapałem wpycha do buzi. Do reszty straciłem apetyt i skubię kromkę chleba z Czwórki, moczę ją w mleku i kosztuję się tym skromnym pokarmem. Kątem oka spoglądam na zegar, zostawiam kolację i udaje się na umówione już wcześniej spotkanie z Thetą.
-Hej. - wołam tuż u progu.
-Hej. Patrz w czym jutro uraczę przyjść na dożynki - parska z entuzjazmem i grzmota mi materiałem prosto w twarz. Oliwkowa sukienka podkreślająca dziewczęce kształty z koronkowym kołnierzem oraz białe lniane rękawiczki prezentują się imponująco urokliwie.
-Nie sądzisz, że definicja dożynek powinna brzmieć: Dożynki - utrata dotychczasowego dzieciństwa ?
Theta ciężko wzdycha, odbiera mi kieckę z rąk i skrupulatnie ją składa z sceptyczną uwagą na rękawy, momentalnie tracimy kontakt wzrokowy.
-Nie mów tak, jutro spotykamy się na placu, powodzenia- odgarnia grzywkę z mojej twarzy i posyła mi buziaka w policzek, na myśl, że poczuję się usatysfakcjonowany. No pewnie, że tak! Takie jedno muśniecie warg Thety i ponownie odnoszę wrażenie, że ktoś w końcu docenia mój zgryźliwy charakter.
-Dobranoc - wyznaję ze spuszczoną głową i zatrzaskuję drzwi, a ostatecznie mój wyraz oczu pada na płytę chodnikową.
Dalszą drogą wlokę się ulicami Szóstego Dystryktu, po drodze mijam znajome twarze a ostatecznie kolegę ze szkolnej ławki a ja przekazuję mu solidnego kopniaka w tyłek po czym wybuchamy śmiechem a na pożegnanie macham ręką w jego kierunku dobrze, że chociaż on jeden potrafi się śmiać bo inaczej umarlibyśmy ze strachu. Na targu kupuję dorodnego bażanta skorego do zjedzenia. Takie ptactwo to prawdziwa rozkosz dla podniebienia, więc gdy docieram do domu ciocia Mei wrzeszczy, że będzie to prawdziwa kolacja od równych sześciu lat. Pomimo tego, że dogłębnie jej nienawidzę cieszę się na myśl, że chociaż zakup ptaka jest pozytywnym wydarzeniem dnia. Jannifer okazjonalnie wyjęła z kredensu srebrne sztućce, które były prezentem ślubnym dla Mei i jej męża, co na pewno przywołuje ciotce przykre wspomnienia. Delektujemy się bażantem w głuchej martwocie, nikt nie odzywa się słowem. Dokładnie zdaję sobie sprawę co przyniesie jutrzejszy dzień i z trudnością przełykam mięso, które utkwiło w przełyku.
***
EDIT: Doczekaliście się rybeńki kolejnej części, następna pojawi się niebawem, aby nie trzymać was w dalszej niepewności. Oczywiste, trybutem pozostanie Gryffin, ale pewna okoliczność, będzie trapiła jego życie aż do zgonu na arenie.
Proszę, jeżeli czytasz skomentuj, bardzo zależy mi na Twojej opinii! ((:
Blog wygląda ślicznie, opowiadanie jest bardzo ciekawe a z tego co widzę, blog cieszy sie dużym zainteresowaniem. Trzymajcie tak dalej ;).
OdpowiedzUsuń