A darmo dostaje się tylko to, czego nikt inny nie chce. I śmierć. Śmierć też jest za darmo.
***
Uchylam okiennice, odsłaniam firany, przede mną rozpościera się widok ulicy Szóstego Dystryktu. Spostrzegam chłopca z chlebem, który goni co sił w nogach przez ulicę i co ułamek sekundy ogląda się przez ramię. Wyostrzam wzrok, aby dostrzec każdy konkretny szczegół. Strażnicy Pokoju podążają ślad w ślad za chłopaczyną, wyciągają broń i namierzają cel. Przecież nie mogę tak stać! Szoruję po schodach kamienicy i natychmiastowo znajduję się w centrum akcji. Osłaniam rękoma sfrustrowane dziecko. Ciężko sapie a samo czoło lśni od potu.
-Stać! -donośny krzyk dekoncentruje władze, ale nadal wiem, że jesteśmy na celowniku.
Theta. Właśnie stanąłem w obronie jednego z jej rodzeństwa- Godfryda.
Jeden z żołnierzy wypuszcza z rąk rynsztunek grzmocąc go o ziemię, bierze kurs na przyjaciółkę, zaś drugi mnie unieruchamia. Nie zdążę wyzwolić się z uścisku, wiem, że to koniec.
Strażnik zbliża się do Thety i przytyka jej nóż do gardła, wymierzając tym samym zgon. Małemu śle kuksańca tak potężnego, że wraca do domu w podskokach.
Straciłem przytomność kiedy w pobliżu rozpylono gaz łzawiący. Budzę się po paru minutach po zdarzeniu. Leżę w bezruchu. Czuję, że ktoś łagodnie głaszcze mnie po głowie, odruchowo chcę rzucić się do ucieczki, ale ta pieszczota wydaje się intrygująca, więc tylko dyskretnie zawodzę z bólu. Kobiece, rude włosy opadają na moje ramiona, marszczę brwi. Nie protestuję, kiedy w geście pomocy wyciąga do mnie dłoń, ale wiem, że nie jestem zbyt społecznym typem, teraz po śmierci ukochanej.
Podnoszę się z chodnika, bo prawdopodobnie po upadku walnąłem głową o ziemię, i odchodzę bez słowa. Zdaje sobie przykrą prawdę. To spotkanie nie było przypadkowe.
Dzisiaj dożynki, prawdziwa rzeź społeczna. Nikt nie zdoła wydostać się z sideł Kapitolu w dniu kiedy mają nas jak na widelcu. Stoję wśród rzeszy młodych, muskularnych mężczyzn i odruchowo obgryzam paznokcie, nerwowo ale ustabilizowanie rozglądając się dookoła wyszukuję wzrokiem rodzinę Thety pogrążonej w żałobie, ale nawzajem nie potrafimy spojrzeć sobie w oczy. Mały Godfryd tkwi w objęciach matki i wytyka mnie palcem, z kwaśna miną mówi coś na ucho do mamy, ukrywając usta w dłoniach. Domyślam, że są to urazy skierowane pod moim adresem, lecz mniejsza z tym, kto polubiłby kiedykolwiek chłopca o podobnej postawie jak moja? Odpowiedź brzmi nikt. Nie kwapię się do odszukania pośród tłumu ani ciotki, ani nawet samej Jeniffer, obie są siebie warte. Koścista Margaux zaszczyci nas dzisiaj swoją obecnością na tegorocznych dożynkach. Rok w rok jej twarz jest regularnie demonstrowana w kapitolińskim programie nadawanym trzy razy na tydzień noszącym tytuł ''Aleja Gwiazd'', co ja nazwałbym raczej ''Aleją Dziwaków'', więc bez oporu można zapamiętać jej nieludzki wygląd, o ile posiada się w domu hologram lub chociażby telewizor. Jako zagorzała fanka operacji plastycznych poddała się upiększającemu zabiegowi. W efekcie ma twarz w odcieniu zgniłego kabaczka, sztuczne, porcelanowe zęby oraz twarz wyglądem przypominającą nieregularny trójkąt oraz owalne usta. Siwe włosy upięła w kok obwiązany kokardą wysadzaną cekinami, który podkreśla jej anoreksyjne obojczyki. Na samą myśl o jej aparycji mam ochotę doszczętnie zwrócić śniadanie. Kobieta stoi na środku wygłaszając epizod dożynek z kapitolińskim akcentem i z podniesioną głową prezentuje różowe okulary do czytania. Scenicznym krokiem w wielkiej fatydze udaje jej się podejść do jednej z kul ze świstkami papieru, na których jest napisane drobnym, drukowanym drukiem imię oraz nazwisko dziewczyny reprezentującej Szósty Dystrykt. Opornie chwyta za karteczkę zajmującej miejsce tuż przy brzegu, nabiera powietrza do płuc.
-Emilia Bright Imanaka!- mówi skwaszonym tonem.
Emi za wstawiennictwem Strażników Pokoju podąża na platformę, nie oszczędzając kroku, wygląda bardziej na usatysfakcjonowaną niż spłoszoną, kiedy potyka się tuż u stóp Margaux. Wybiera pierwszą, lepszą karteczkę z kuli chłopców.
- Gryffin Redberd - apeluje z mizerną miną wciąż cedząc przez zęby.
Słyszę zastraszający krzyk wydobywający się z ust Mei, jestem ciekaw kiedy cofnęła się do mnie myślą.
Szereg mężczyzn rozstępuje się, aby zrobić przełaz. Stąpam po żużlu co prędzej znajdując się na platformie. Czuję na sobie przenikliwy wzrok Emi, sprawę bagatelizuje uścisk Margaux.
Lada chwila oboje znajdujemy się w pociągu, właśnie wtenczas nawiązujemy pierwszy kontakt z naszym mentorem Cayo'em. Na pierwszy rzut oka wygląda świeżo po 30-stce. Dzieży oczami w kolorze bursztynowym. Na jego twarzy dostrzegam mrowie śladów po trądziku, które przysłania gęsty siwy zarost. Nie jest przesadnie urokliwy, pomijając spostrzeżenie, że jest szatynem. Gości na praktycznym fotelu, obejmuję w ramionach partnerkę siedzącą mu na kolanach i wybucha śmiechem.
-Violin, czy to są nasi tegoroczni trybuci?- pyta nadal nie powstrzymując się od chichotania, chwyta szampana i wystrzeliwuje korkiem w sufit.
Zza wagonu wentylacyjnego wychodzi czarnoskóra kobieta, to właśnie musi być nasza opiekunka, na chwilę obecną nie mam zastrzeżeń odnośnie jej naturalnego wyglądu. Bodajże to porządna wychowawczyni.
-Och, Cayo gdzie są Twoje maniery?- paradoksalnie przewraca oczami- owszem to nasi podopieczni - po czym wskazuje nas rękoma i krzepiąco klepie po głowach.
Sterczymy na środku kiedy Cayo macha ręką na znak, że możemy zasiadać przy szwedzkim stole, kamień z serca. Delektuję się potrawką z jagnięciny w sosie śliwkowym, zaopatruje się w sztućce i delikatnie konsumuję posiłek. Wpatruję się jak Emi chwyta jabłko, chyżo obiera skórkę nożem. Jedno takie uderzenie prosto z miejsca i powaliłaby przeciwnika na kolana. Dominuje drętwa atmosfera- Cayo lubuje się wiśniami i pluje pestkami prosto w twarz Violin, po czym wybucha ordynarnym śmiechem. Kobieta odchodzi inscenizacyjnym krokiem i zmierza na wyznaczone piętro w miejscu gdzie znajduje się jej prywatna sypialnia i słyszymy jak gromko zatrzaskuje drzwi. Widać, że postawa Cayo'a jest nieprzychylna, co tylko prowokuje i decentralizuje wspólniczkę. Mężczyzna nagania nas do odpoczynku a ja czuję się skołowany, bo chciałbym na osobności uzewnętrznić swoje uczucia Emi, ale zdaję sobie sprawę, że nie jestem dysponowany. Mimowolnie spełniam polecenie Cayo'a i z nieludzkim wysiłkiem układam się do snu. Pół godzinny spoczynek pociąga za sobą pragnienie. Przeczesuje palcami włosy i śpieszę ku wagonowi ze spiżarnią, mierzę wzrokiem półnagiego Caya obejmującego partnerkę i wiem, że tym samym odebrał mi apetyt, więc wgniatam plastikowy kubek w ręce awoksy i odchodzę zdegustowany. Co do postępowania mentora to dodatkowy pretekst, dzięki któremu nie zaprząta sobie nami głowy, kto by pomyślał. Śpieszę ku własnemu apartamentowi i zdumiewam się obecnością Emi, która spoczywa na podłodze i desperacko czemuś się przygląda. W zaciśniętej pięści prawej ręki trzyma procę z dzieciństwa i przewraca ją między palcami.
- Twojej roboty? - pyta zawieszając wzrok w przestrzeni.
- Jasne, to moja jedyna pamiątka z rodzinnego dystryktu, jak mógłbym jej nie zagarnąć? -czuję jak łza dotkliwie spływa mi po policzku. Jak za mgłą przywracam w pamięci zdarzenia, kiedy w towarzystwie Thety polowałem na dzikie bażanty w okolicach borów leśnych - Wyjdź.
wtorek, 19 sierpnia 2014
piątek, 15 sierpnia 2014
Od Sary
Wpatruje się w morze. Spokojnie wpatruje się w fale ,które
płyną niczym burza ,aby potem rozpłynąć się pod moimi nogami. Morze nie wydaje
się skrępowane moim uważnym spojrzeniem. Szumi niezmiennie. Nawet gdybym tutaj
umarła ,gdybym została w nie wrzucona ,ona nadal bez sprzeciwu będzie szumiało.
To nie jest mój obrońca ,to nie ono ,ono nie jest w stanie mnie obronić. Nie
jestem na nim bezpieczna ,ale na ziemi też nie ,więc.... gdzie jest moje
miejsce? Dziś są dożynki ,to znaczy ,że ktoś zginie.Ja? Wątpię. Został już
tylko rok. A potem będę wolna ,popłynę tam gdzie poprowadzi mnie morze i razem
z nim będziemy wolni ,niebezpieczni i WOLNI. Wracam powoli do mojej chatki.
Mieszkam tam z braćmi i jedną młodszą siostrą. Rodzice umarli na morzu... Tym
samym nad którym dziś stałam ,tym samym które tak niezmiennie szumi. Wchodzę do
domu ,jak zawsze śmierdzi tam rybami. Szybko ogarniam braci (niech jakoś się
prezentują). I dokładnie czeszę moją siostrę.Wiem ,że nie mogę zostać
wylosowana ,że oni beze mnie nie przeżyją.
***
Stoję wśród innych ludzi. Wszyscy wyglądają na
uśmiechniętych ,bo przecież to dożynki i mamy się radować... Tak cieszmy się z
tego ,że dziś jeden z nas zginie! Bawmy się i radujmy z tego ,że mój brat lub
siostra zginą dla zabawy kapitolu ,przedtem mordując kilku swoich rówieśników.
Stoimy w ciszy. Na środek wychodzi Gara - to jedna z wiernych pupilków kapitolu
,która zadecyduje kto z nas ruszy na rzeź. Jest gruba ,ale ma wysokie kości
policzkowe przez co wygląda na chudszą.Ma na sobie ohydny fioletowy płaszcz.
Burza zielonych włosów upada jej na twarz ,którą z kolei dodatkowo obciąża masa
makijażu. Rzęsy ma tak długie ,że zastanawiam się jak ona utrzymuje otwarte
oczy. Wygląda w tym wszystkim jak świnka Piggy. Dopiero kiedy mówi ,że
dziewczyny mają pierwszeństwo zauważam wysokie ,ohydnie różowe szpilki.
Podchodzi do kuli z karteczkami. Wiem już kto zostanie wylosowany. Czuję przez
chwilę to niebezpieczeństwo ,z mojego oka wychodzi jedna łza cichutko opadająca
na ziemię. Dokładnie w tym momencie Gara chwyta karteczkę ,karteczkę z moim
imieniem...
-Sara Jerome -wykrzykuje na cały głos.
W pierwszym momencie mam odruch ucieczki. Jednak rozumiem,że
to nic nie da. Przeklinam pod nosem ,było już rzucić się w ten ocean.Było
zginąć wolna. Moja siostra delikatnie łapie mnie za rękę. Patrzy na mnie
wielkimi przerażonymi oczyma. Nie mam co jej odpowiedzieć ,wiedze jej żal i
obie zdajemy sobie sprawę ,że bardzo prawdopodobne jest to ,że zginę. Tłum robi
mi przejście. Powoli idę. Nie mam opuszczonej głowy ,patrzę na wszystkich
dookoła idę niczym czarna dama ,niczym duch ,który zstąpił na ziemię. Za mną
idą cicho moi bracia ,tylko po to żeby się zatrzymać kilka metrów przed
"sceną" i patrzeć jak samotnie tam idę. W ich oczach widać żal i
upór. Widzę jednak w każdym wiarę i siłę. Wierzę ,że przeżyją. Zanim tam wejdę
mówię jedyne zdanie jakie jestem w stanie wymówić:
-Dbajcie o nią... Musicie przeżyć. Wiem ,że to tyczy się też
mnie.
-Och nasza gwiazda - Gra łapie mnie za ramie i ciągnie w
swoją stronę.
Wszystko jest dla mnie obojętne ,mogę zginąć i tak kiedyś
będę wolna.
***
Klepię po zadzie pięknego myszato-srokatego rumaka. Ile ja
bym dała za takiego konia. Jest piękny silny i na pewno miał lepsze życie ode
mnie. Będzie jeszcze przez wiele lat woził to żywe mięso ,takich jak ja. Mam na
sobie piękną suknię ,mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy. Nie widać jednak
tego ,bo wszystko przykrywają białe chmury niczym piana. Za mną ciągnie się
piękny wodny ogon. Co dziwne ta woda nie jest mokra. Jest błękitna i wyjątkowo
czysta. Moja projektantka prosiła abym nacisnęła pewien przycisk podczas
parady. Wchodzę już do mojego powozu. Unoszę głowę. Jestem wolna ,wolna jak
ocean . WOLNA .WOLNA.WOOOLNA. Ruszamy tak delikatnie ,że nawet tego nie czuję.
W środku drogi wciskam przycisk. Z mojego stroju wytryskuje dona fontanna
,wygląda to tak jakbym miała piękne skrzydła ,przyozdobione pianą. Jestem panią
morza ,nie da się go oswoić ,ja potrafię z nim rozmawiać. Okrzyk podziwu ludzi
,blask reflektorów ,moje odbicia w kamerze... Jestem piękna ,ale to wszystko
jest dla mnie niczym. Znów ta samotna łza kapie mi na rękę ,nie widać tego
,zbyt dużo makijażu. Prezydent patrzy powoli na wszystkich trybutów ,igrzyska
się zaczynają...
***
Awis - mój mentor. Zachowuje się tak jakby miał mnie w
d*pie. Ale to zapewne dlatego ,że nie odezwałam się nawet kiedy próbował ze mną
porozmawiać. Nie jem. Wolę zginąć z głodu niż jeść te śmierdzące kapitolińskie
jedzenie. Patrzę uważnie na Awisa.
-Czego?! -pyta zirytowany. Widać ,że ma mnie już dość.
-Kiedy zaczynają się treningi? -Mówię z władczą mocą ,niczym
prawdziwa królowa oceanu. Mentor patrzy na mnie ze zdziwieniem ,chyba nie
spodziewał się po mnie odpowiedzi.
-Zaczynasz jutro.
-Jakieś wskazówki?
-Co umiesz?
Co ja umiem. Całkiem niezłe pytanie... Co ja umiem ,co może
się przydać....
-Pływam -mówię
-Chcesz zabić kogoś pływaniem? -kpi ze mnie
-W wodzie każdy ma równe szanse nikt tam nie wytrzyma tyle
co ja.
-Nie wiesz ile znajdziesz wody na arenie! Zdziwię cię ,ale
to nie zawsze jest OCEAN.
Patrzę spokojnie na niego ,niech mówi co chce. Wiem! Biorę
,kilka noży.
-Pokaż co potrafisz -drwi
Rzucam pierwszym nożem ,trafia dokładnie w sam środek
zegara. Następnie biorę większy nóż i ciskam nim prosto w oko psa na pobliskim
obrazie. Nie panuję już nad sobą. Wstaję i rzucam nożami we wszystkie ciekawe
punkty. Uwalniam je z rąk tak prosto jak nici.Zawsze trafiają bezbłędnie. Potem
siadam i spokojnie zaczynam jeść. Nawet niezłe to kapitolińskie jedzenie.
-Trening indywidualny - Szepcze Awis.
Uśmiecham się pod nosem ,niech i tak będzie...
EDIT (od joshephine) : Pamiętajcie, pojedyncze opowiadania zostają napisane przez właścicieli postaci, a autor lub współautor tworzą z nich posty. Każdy na tym blogu ma swoją ''broszkę'', zresztą sama osobiście nie wyrobiłabym się z opowiadaniami dla innych graczy i proszę do mnie w tej sprawie NIE PISAĆ. Pozdrawiam gorąco.
EDIT (od joshephine) : Pamiętajcie, pojedyncze opowiadania zostają napisane przez właścicieli postaci, a autor lub współautor tworzą z nich posty. Każdy na tym blogu ma swoją ''broszkę'', zresztą sama osobiście nie wyrobiłabym się z opowiadaniami dla innych graczy i proszę do mnie w tej sprawie NIE PISAĆ. Pozdrawiam gorąco.
wtorek, 12 sierpnia 2014
Od Gryffina
Mów szeptem, jeżeli mówisz o miłości.
***
Co raz rychlej odrzucam tę myśl.
Upadłem tak nisko, że niżej się nie da, osiągnąłem dno, jutro dożynki.
Czy zostanę ich ofiarą i wpadnę w śmiertelne niebezpieczeństwo, czy moje dotychczasowe życie ulegnie zdewastowaniu? Czy zdołam sprawić zawód bliskim? Czy jest jakakolwiek perspektywa, że zostanę wylosowany? Nie jestem tego świadomy.
Siedzę w kuchni niczym człowiek sparaliżowany umysłowo, z uwagą przypatruję się kafelkowej posadzce, czy tylko ja mam wrażenie, że brzmi to równie idiotycznie? Jennifer udała się do pralni aby usunąć detergenty wylane na moją koszulę, a ciotka Mei do południa ciężko pracuje w fabryce, więc jestem odseparowany, innymi słowy- czarna melancholia.
Zaraz, zaraz. Pewna koncepcja przejęła mój umysł. Czuję silne zapotrzebowanie mocnej substancji, która jest w stanie wypalić gałki oczne, która sprawi, że zapomnę o dotychczasowych zgryzotach. Bimber. Spirytus musi znajdować się w podręcznej apteczce. Na łeb na szyję obejmuję na własność flaszkę z alkoholem, która tylko prosi się o przepłukanie gardła. Delikatnie sączę trunek..do dna. Z miejsca tracę równowagę, momentalnie upadam na podłogę.
Kiedy w pełni odzyskuję świadomość łowię uchem dźwięki dochodzące z wewnątrz pomieszczenia. Słyszę ciche zawodzenie dochodzące tuż nade mną. Ale to nie wszystko. Cały ociekam potem, ból przeszywa mi okolice skroni, z trudem zaciskam powieki. Wyciągam dłonie aby zweryfikować twarz, czy obłąkańczy zmysł dotyku płata mi figle?
-Theta!
Przez pewien okres czasu nie jestem w stanie trzeźwo myśleć. Niekorzystnie czuję się z ideologią, że mogę mieć ponad półtora promila alkoholu we krwi. Tylko spokojnie to wyłącznie chora aluzja- powtarzam w myślach. ''Połykam wzrokiem'' twarz Thety i wyczytuję z jej twarzy ekstrawagancką troskę, której nigdy nie potrafiłem dostrzec,a co najmniej nie ubiegałem się o jej względy.
-Nie mogę Cię stracić -monologuję głucho.
-A ja nie dam przystępu do Twojego zgonu, bałwanie - zakrywa usta dłońmi ukrywając uśmiech.
-Zaśpiewaj coś, Twoja barwa głosu jest niezwykle ujmująca - wyznaję.
Obejmuje moją twarz i pośpiesznie całuje mnie w czoło.
-Muszę iść.
Już w progu drzwi mija się z Jeniffer, wymieniają spojrzenia, Theta znika w korytarzu.
-Pańska koszula, panie dorosły , jednak nie można pana spuścić z oka, bo się jeszcze pan Gryffin ...rozbestwi - udaje pijaną i ciska odzież w moją twarz - dobrze, że partnerka przyszła, no nie?
-Mei wie?- pytam, z miejsca podrywając się na palcach.
-Jak ciotka się dowie, to nas pozabija, co Ci odbiło do cho*ery?
-A jak myślisz? Wolę zabić się z własnej woli niż zginąć z rąk zawodowców! - warczę.
-Nie wylosują Cię!- wrzeszczy.
-A co jak chciałem was utrzymać? Wtedy to chyba z 15 astragalów do domu przyniosłem! Myślisz, że moje nazwisko przemknie im koło nosa, co?
-Fakt, nie było to najlepsze posunięcie, nienawidzę siebie za to. Za to ,że w wieku 9 lat posyłałam Cię po nie - wyznaje.
-Już i tak za późno, widocznie tak już musiało być.
Jennifer milknie, odchodzi. Kieruje się w stronę jadalni i szykuje porcelanową zastawę.W końcu udaje mi się zapaść w pół godzinną drzemkę.
Kiedy otwieram oczy wyczulony zmysł węchu daje się we znaki. Czuję woń krwi, zrywam się z łóżka i biegnę pokoju stołowego. Widzę, że Jeniffer tkwi ze stopą w bandażu, kiwa głową,czyżby dawała mi jakiś konkretny znak, chyba nie potrafi się wysłowić? Ciotka Mei zaparza herbaty i z ulgą ociera chustką spocone czoło przewracając oczami. Mam rozumieć, że o niczym nie wie? Zresztą Jeniffer nie jest typem donosiciela, więc lżej oddycham.
-Coś się stało?- pytam rozglądając się wokoło, staje wzrokiem na siostrze.
-A diabli wiedzą! Sądzi, że filiżanka spadła jej tuż pod nogi, to Ci heca, żyję czterdzieści siedem lat w Szóstce i podobny wypadek nigdy mi się nie wydarzył!- krzyczy z ironią - a Ty mógłbyś coś zjeść, godzi się śmiało policzyć Ci żebra!- podchodzi do mnie i wodzi palcem po klatce piersiowej. -Siadaj!
Bodajże : ''milczenie jest złotem...'' więc nie protestuję i posłusznie wykonuje polecenie.
Kulawa Jeniffer kuśtyka na zdrowej nodze i dołącza się do posiłku. Smaruje pajdę chleba puszystym kozim serem i z zapałem wpycha do buzi. Do reszty straciłem apetyt i skubię kromkę chleba z Czwórki, moczę ją w mleku i kosztuję się tym skromnym pokarmem. Kątem oka spoglądam na zegar, zostawiam kolację i udaje się na umówione już wcześniej spotkanie z Thetą.
-Hej. - wołam tuż u progu.
-Hej. Patrz w czym jutro uraczę przyjść na dożynki - parska z entuzjazmem i grzmota mi materiałem prosto w twarz. Oliwkowa sukienka podkreślająca dziewczęce kształty z koronkowym kołnierzem oraz białe lniane rękawiczki prezentują się imponująco urokliwie.
-Nie sądzisz, że definicja dożynek powinna brzmieć: Dożynki - utrata dotychczasowego dzieciństwa ?
Theta ciężko wzdycha, odbiera mi kieckę z rąk i skrupulatnie ją składa z sceptyczną uwagą na rękawy, momentalnie tracimy kontakt wzrokowy.
-Nie mów tak, jutro spotykamy się na placu, powodzenia- odgarnia grzywkę z mojej twarzy i posyła mi buziaka w policzek, na myśl, że poczuję się usatysfakcjonowany. No pewnie, że tak! Takie jedno muśniecie warg Thety i ponownie odnoszę wrażenie, że ktoś w końcu docenia mój zgryźliwy charakter.
-Dobranoc - wyznaję ze spuszczoną głową i zatrzaskuję drzwi, a ostatecznie mój wyraz oczu pada na płytę chodnikową.
Dalszą drogą wlokę się ulicami Szóstego Dystryktu, po drodze mijam znajome twarze a ostatecznie kolegę ze szkolnej ławki a ja przekazuję mu solidnego kopniaka w tyłek po czym wybuchamy śmiechem a na pożegnanie macham ręką w jego kierunku dobrze, że chociaż on jeden potrafi się śmiać bo inaczej umarlibyśmy ze strachu. Na targu kupuję dorodnego bażanta skorego do zjedzenia. Takie ptactwo to prawdziwa rozkosz dla podniebienia, więc gdy docieram do domu ciocia Mei wrzeszczy, że będzie to prawdziwa kolacja od równych sześciu lat. Pomimo tego, że dogłębnie jej nienawidzę cieszę się na myśl, że chociaż zakup ptaka jest pozytywnym wydarzeniem dnia. Jannifer okazjonalnie wyjęła z kredensu srebrne sztućce, które były prezentem ślubnym dla Mei i jej męża, co na pewno przywołuje ciotce przykre wspomnienia. Delektujemy się bażantem w głuchej martwocie, nikt nie odzywa się słowem. Dokładnie zdaję sobie sprawę co przyniesie jutrzejszy dzień i z trudnością przełykam mięso, które utkwiło w przełyku.
***
EDIT: Doczekaliście się rybeńki kolejnej części, następna pojawi się niebawem, aby nie trzymać was w dalszej niepewności. Oczywiste, trybutem pozostanie Gryffin, ale pewna okoliczność, będzie trapiła jego życie aż do zgonu na arenie.
Proszę, jeżeli czytasz skomentuj, bardzo zależy mi na Twojej opinii! ((:
***
Co raz rychlej odrzucam tę myśl.
Upadłem tak nisko, że niżej się nie da, osiągnąłem dno, jutro dożynki.
Czy zostanę ich ofiarą i wpadnę w śmiertelne niebezpieczeństwo, czy moje dotychczasowe życie ulegnie zdewastowaniu? Czy zdołam sprawić zawód bliskim? Czy jest jakakolwiek perspektywa, że zostanę wylosowany? Nie jestem tego świadomy.
Siedzę w kuchni niczym człowiek sparaliżowany umysłowo, z uwagą przypatruję się kafelkowej posadzce, czy tylko ja mam wrażenie, że brzmi to równie idiotycznie? Jennifer udała się do pralni aby usunąć detergenty wylane na moją koszulę, a ciotka Mei do południa ciężko pracuje w fabryce, więc jestem odseparowany, innymi słowy- czarna melancholia.
Zaraz, zaraz. Pewna koncepcja przejęła mój umysł. Czuję silne zapotrzebowanie mocnej substancji, która jest w stanie wypalić gałki oczne, która sprawi, że zapomnę o dotychczasowych zgryzotach. Bimber. Spirytus musi znajdować się w podręcznej apteczce. Na łeb na szyję obejmuję na własność flaszkę z alkoholem, która tylko prosi się o przepłukanie gardła. Delikatnie sączę trunek..do dna. Z miejsca tracę równowagę, momentalnie upadam na podłogę.
Kiedy w pełni odzyskuję świadomość łowię uchem dźwięki dochodzące z wewnątrz pomieszczenia. Słyszę ciche zawodzenie dochodzące tuż nade mną. Ale to nie wszystko. Cały ociekam potem, ból przeszywa mi okolice skroni, z trudem zaciskam powieki. Wyciągam dłonie aby zweryfikować twarz, czy obłąkańczy zmysł dotyku płata mi figle?
-Theta!
Przez pewien okres czasu nie jestem w stanie trzeźwo myśleć. Niekorzystnie czuję się z ideologią, że mogę mieć ponad półtora promila alkoholu we krwi. Tylko spokojnie to wyłącznie chora aluzja- powtarzam w myślach. ''Połykam wzrokiem'' twarz Thety i wyczytuję z jej twarzy ekstrawagancką troskę, której nigdy nie potrafiłem dostrzec,a co najmniej nie ubiegałem się o jej względy.
-Nie mogę Cię stracić -monologuję głucho.
-A ja nie dam przystępu do Twojego zgonu, bałwanie - zakrywa usta dłońmi ukrywając uśmiech.
-Zaśpiewaj coś, Twoja barwa głosu jest niezwykle ujmująca - wyznaję.
Obejmuje moją twarz i pośpiesznie całuje mnie w czoło.
-Muszę iść.
Już w progu drzwi mija się z Jeniffer, wymieniają spojrzenia, Theta znika w korytarzu.
-Pańska koszula, panie dorosły , jednak nie można pana spuścić z oka, bo się jeszcze pan Gryffin ...rozbestwi - udaje pijaną i ciska odzież w moją twarz - dobrze, że partnerka przyszła, no nie?
-Mei wie?- pytam, z miejsca podrywając się na palcach.
-Jak ciotka się dowie, to nas pozabija, co Ci odbiło do cho*ery?
-A jak myślisz? Wolę zabić się z własnej woli niż zginąć z rąk zawodowców! - warczę.
-Nie wylosują Cię!- wrzeszczy.
-A co jak chciałem was utrzymać? Wtedy to chyba z 15 astragalów do domu przyniosłem! Myślisz, że moje nazwisko przemknie im koło nosa, co?
-Fakt, nie było to najlepsze posunięcie, nienawidzę siebie za to. Za to ,że w wieku 9 lat posyłałam Cię po nie - wyznaje.
-Już i tak za późno, widocznie tak już musiało być.
Jennifer milknie, odchodzi. Kieruje się w stronę jadalni i szykuje porcelanową zastawę.W końcu udaje mi się zapaść w pół godzinną drzemkę.
Kiedy otwieram oczy wyczulony zmysł węchu daje się we znaki. Czuję woń krwi, zrywam się z łóżka i biegnę pokoju stołowego. Widzę, że Jeniffer tkwi ze stopą w bandażu, kiwa głową,czyżby dawała mi jakiś konkretny znak, chyba nie potrafi się wysłowić? Ciotka Mei zaparza herbaty i z ulgą ociera chustką spocone czoło przewracając oczami. Mam rozumieć, że o niczym nie wie? Zresztą Jeniffer nie jest typem donosiciela, więc lżej oddycham.
-Coś się stało?- pytam rozglądając się wokoło, staje wzrokiem na siostrze.
-A diabli wiedzą! Sądzi, że filiżanka spadła jej tuż pod nogi, to Ci heca, żyję czterdzieści siedem lat w Szóstce i podobny wypadek nigdy mi się nie wydarzył!- krzyczy z ironią - a Ty mógłbyś coś zjeść, godzi się śmiało policzyć Ci żebra!- podchodzi do mnie i wodzi palcem po klatce piersiowej. -Siadaj!
Bodajże : ''milczenie jest złotem...'' więc nie protestuję i posłusznie wykonuje polecenie.
Kulawa Jeniffer kuśtyka na zdrowej nodze i dołącza się do posiłku. Smaruje pajdę chleba puszystym kozim serem i z zapałem wpycha do buzi. Do reszty straciłem apetyt i skubię kromkę chleba z Czwórki, moczę ją w mleku i kosztuję się tym skromnym pokarmem. Kątem oka spoglądam na zegar, zostawiam kolację i udaje się na umówione już wcześniej spotkanie z Thetą.
-Hej. - wołam tuż u progu.
-Hej. Patrz w czym jutro uraczę przyjść na dożynki - parska z entuzjazmem i grzmota mi materiałem prosto w twarz. Oliwkowa sukienka podkreślająca dziewczęce kształty z koronkowym kołnierzem oraz białe lniane rękawiczki prezentują się imponująco urokliwie.
-Nie sądzisz, że definicja dożynek powinna brzmieć: Dożynki - utrata dotychczasowego dzieciństwa ?
Theta ciężko wzdycha, odbiera mi kieckę z rąk i skrupulatnie ją składa z sceptyczną uwagą na rękawy, momentalnie tracimy kontakt wzrokowy.
-Nie mów tak, jutro spotykamy się na placu, powodzenia- odgarnia grzywkę z mojej twarzy i posyła mi buziaka w policzek, na myśl, że poczuję się usatysfakcjonowany. No pewnie, że tak! Takie jedno muśniecie warg Thety i ponownie odnoszę wrażenie, że ktoś w końcu docenia mój zgryźliwy charakter.
-Dobranoc - wyznaję ze spuszczoną głową i zatrzaskuję drzwi, a ostatecznie mój wyraz oczu pada na płytę chodnikową.
Dalszą drogą wlokę się ulicami Szóstego Dystryktu, po drodze mijam znajome twarze a ostatecznie kolegę ze szkolnej ławki a ja przekazuję mu solidnego kopniaka w tyłek po czym wybuchamy śmiechem a na pożegnanie macham ręką w jego kierunku dobrze, że chociaż on jeden potrafi się śmiać bo inaczej umarlibyśmy ze strachu. Na targu kupuję dorodnego bażanta skorego do zjedzenia. Takie ptactwo to prawdziwa rozkosz dla podniebienia, więc gdy docieram do domu ciocia Mei wrzeszczy, że będzie to prawdziwa kolacja od równych sześciu lat. Pomimo tego, że dogłębnie jej nienawidzę cieszę się na myśl, że chociaż zakup ptaka jest pozytywnym wydarzeniem dnia. Jannifer okazjonalnie wyjęła z kredensu srebrne sztućce, które były prezentem ślubnym dla Mei i jej męża, co na pewno przywołuje ciotce przykre wspomnienia. Delektujemy się bażantem w głuchej martwocie, nikt nie odzywa się słowem. Dokładnie zdaję sobie sprawę co przyniesie jutrzejszy dzień i z trudnością przełykam mięso, które utkwiło w przełyku.
***
EDIT: Doczekaliście się rybeńki kolejnej części, następna pojawi się niebawem, aby nie trzymać was w dalszej niepewności. Oczywiste, trybutem pozostanie Gryffin, ale pewna okoliczność, będzie trapiła jego życie aż do zgonu na arenie.
Proszę, jeżeli czytasz skomentuj, bardzo zależy mi na Twojej opinii! ((:
piątek, 8 sierpnia 2014
Od Emi
Strach. Jedyne uczucie, którego nie potrafię opisać. Czym
jest strach? Co go wywółuję? Dlaczego się boimy?
Nie wiem.
Wiem tylko tyle, że za parę godzin stanę w idealnie
ustawionym tłumie dziwecząt ubranych w okazjonalne stroje, tylko z jednym
astragalem. Czy wogóle jest jakakolwiek możliwość, że zostanę wylosowana? Nie
mam pojęcia.
Postanowiłam zwlec się z łózka i przejśc się na łąkę.
Transport. Wszędzie widać jego wpływy; fabryki, huty i
pracownie na kazdym kroku zastępują roślinność, więc przebywanie na łące jest
dla mnie niczym nie zastąpionym uczuciem.
W tym specjalizuje się szóstka. Czy ma to sens? Transport;
to takie dziwne. Przecież i tak nikomu nie jest on potrzebny, skoro nie można
opuszczać własnych dystryktów. Bez sensu.
Kiedy doszłam na łąkę położyłam się, zamknęłam oczy i
kompletnie odizolowałam od okrutnej rzeczywistości.
***
Dum. Dum. Dum. Dum... Otworzyłam oczy. Dudniło mi w głowie.
Myślałam, że to jakiś dziwny sen, ale nie. Był to zegar na dachu fabryki,
informujący o porze dnia. Jest ósma rano.
Zerwałam się z miejsca i pognałam do domu, przygotować się
na dożynki. Mama zaplotła z moich rudych włosów warkocz, pomogła mi się ubrać i
odprowadziła wzrokiem na ganku, zanim nie zniknęłam za rogiem.
***
Margaux ( czyt. Margo ), jak zwykle wyglądła potwornie. Jej
chuda i koścista twarz przybrała teraz zielonomodry odcień, a metaliczne włosy,
ułożone w skompilowaną kokardę, kompletnie nie pasowały do koloru jej skóry i
ubrania. No cóż...
Kobieta wygłosiła mowę powitalną, jak to zwykle bywało
rzekła "panie mają pierszeństwo", po czym teatralnym ruchem włożyła
rękę do misy z mnóstwem karteczek. Jedna z nich oznacza dla mnie śmierć.
Margaux wyjęła w końcu jedną z nich, a zrobiła to tak
beztrosko, że niemal zwymiotowałam.
- Trybutką szóstego dystryktu, dumnie reprezentującą ten
obszar, jest... Emi Brigit Imanaka!
***
W zamyśleniu zaczęłam głaskać szyję karego ogiera, kiedy z
głośników dał się słyszeć ryk widzów, którzy domagali się wyjazdu z hangaru
ekipy z jedynki.
Dystrykt 1...
2...
3...
4...
5...
Dystrykt 6! Konie ruszyły, a ja przez nagłe szarpnięcie
niemal się przewróciłam. Wszyscy wiwatowali, a gdy Prezydent Snow skończył
wygłaszać mowę, wszyscy trybuci ruszyli do swoich apartamentów.
***
Cayo nie był specjalnie zainteresowany ratowaniem nam życia,
ani zasadniczo nawet rozmową. Powiedział, że muszę znaleźć wodę i dobrą
kryjówkę. To w zasadzie wszystko co wyciekło z jego ust.
czwartek, 24 lipca 2014
Od Keiry - do Gryffina
Nadeszła pora kolacji. To była druga odkąd tu przyjechałam. Na wczorajszym posiłku mnie nie było, na dziesiejszym obiedzie również. Do tej pory jadłam tylko śniadanie. Poczekałam jak wszyscy skończą i się rozejdą i śmignęłam do jadalni, by zgarnąć jakieś resztki z rąk zaskoczonej dziewczyny-awoksa. Wyrwałam jej je z ręki i czmychnęłam do pokoju. Teraz jednak nie będzie tak łatwo...
-Keira, kochaneczko! - piskliwym głosem zawołała nasza ,,dystryktowska lalka Barbie'', czyli opiekunka dystryktu - Choć na kolacje, inaczej twój mentor będzie zdenerwowany!
-I tak jest na mnie wściekły, więc co za różnica?! - wydarłam się stojąc przy drzwiach, tak, by zabolało ją ucho, które przyciskała do nich.
Odskoczyła i narzekając na mnie pod nosem odeszła. Po chwili usłyszałam ciężkie kroki, ewidentnie mojego mentora. Załomotał w drzwi i teraz to ja musiałam od nich odskoczyć.
-Otwieraj natychmiast!!! - wrzeszczał
Odkrzyknęłam mu pare wulgaryzmów, którymi nazywano mnie często w 10-tce. Sapnął i gwałtownie wciągnął powietrze.
-UWAŻAJ, BO SIĘ ZAPOWIETRZYSZ! - warknęłam
Nagle zrobiło się cicho. Podejrzliwie nasłuchiwałam. O, kurde! Chyba żyłka mu pękła. Zaraz jednak znów zaczął walić w drzwi, niewątpliwie z pomocą opiekunki krzyczącej piskliwym głosem wraz z mentorem. Gwałtownie otworzyłam drzwi i ręka mentora wyleciała w powietrze. Zamikli i już mentor nabierał powietrza w płuca, by coś powiedzieć - niewątpliwie wrzasnąć - ale go uprzedziłam.
-Ty - wskazałam na fioletowo-czerwoną Barbie - nadawałabyś się do opery z tym sopranikiem. Za to ty - pokazałam palcem na mentora - ujadasz jak wściekły buldog z atakiem apopleksji.
-Buldog z atakiem apopleksji?! - wydarł się, a w tle usłyszałam stłumiony śmiech któregoś z trybutów - Już ja ci dam! Będę się śmiał, gdy będziesz zdychać na arenie, bo sponsorzy ci nie pomogli!!!
-Tylko mnie nie obśliń - skrzywiłam twarz w grymasie, ale w moich oczach było tylko okrucieństwo - Zły pies! Do budy! - machnęłam ręką i z zadowoleniem usłyszałam z salonu kolejną salwę śmiechu.
Ostatencyjnie wyszłam z pokoju i skierowałam się do jadalni. Szarpnięciem odsunęłam krzesło i usiadłam. Mentor tak się zapowietrzył, że aż zamilkł, a jegi twarz była tak czerwona jakby miała wybuchnąć.
-Uważaj, bo zaraz z uszu ci dym poleci - prychnęłam pod nosem, ale trybut po mojej lewej i trybutka po prawej usłyszeli i prawie się zakrztusili.
Mentor mamrotał pod nosem jaka to ja zła, kiedy awoksi przynieśli dziesiątki talerzy z najwykwintniejszymi daniami. Skrzywiłam się.
-Nie ma czegoś mniej wyszukanego? - jęknęłam
-Kochaneczko, Keira, a na co masz ochotę? - zaszczebiotała Barbie, licząc, że teraz mam lepszy humor i będę mniej mordercza - Kucharze na pewno zaraz ci to przygotują
-Serio? - ucieszyłam się i delikanie uśmiechnęłam {sztucznie, ale się nie zorientowała}
-Tak, tak - zapewniła - Mamy wszystko czego możesz sobie zamarzysz. Więc?
-Jest może wiewiórka? Najlepiej pieczona, ale może być gotowana - zapytałam z nadzieją
Nagle opiekunka przybrała zielonkawy odcień.
-Wiewiórka? - wykrztusiła
-No... - przeciągnęłam - Może też być szczur, ale odpowiednio doprawiony
Barbie wytrzeszczyła swoje żółte, dzięki soczewkom, oczy, co z jej obecnym kolorem skóry, czerwonymi włosami spiętymi w olbrzymi kok i ciemnofioletową, szeroką suknią, było ciekawą mieszanką kolorów. Jakby ktoś wyrzygał tęczę. Trybuci parsknęli śmiechem, a trybutka zerwała się jak oparzona i wyszła chichocząc. Po chwili usłyszałam głośny śmiech.
-Wiewiórka? - powtórzyła znowu opiekunka vel ,,zwymiotowana tęcza'' - Szczur? Nie wolisz czegoś mniej...eee...pospolitego? W końcu tu są same specjały, a nie obrzydlistwa!
Przewróciłam oczami i pominęłam fakt, że dobrze zrobiony szczur był smaczny.
-Więc o nietoperzu mogę zapomnieć? - spytałam, a zielony odcień skóry Barbie pogłębił się
Po długich dyskusjach dostałam królika, jednak mamrotałam pod nosem o tym jak dobre są te ,,obrzydlistwa'', gdy się je dobrze zrobi. Usłyszałam jakiś hałas na korytarzu, jakby coś spadło, ale wzruszyłam ramionami i do reszty pochłoniłam królika.
★★★
Następnego dnia miały zostać ogłoszone godziny treningów. Nie chciałam tam iść, więc uznałam, że później kogoś zapytam. Po obiedzie wyszłam i na piętrze niżej natknęłam się na Gryffina Steward'a.
-O której są treningi? - zapytałam.Gryffin Steward parsknął śmiechem.
-To ty prawda? - zapytał, gdy się uspokoił.
-Co ja? - zawarczałam.
-Wczoraj. Na kolacji. - nadal chichotał - To twój głos. Ty się tak darłaś na mentora. Było cię słychać. Ich również. Później było trochę ciszej, więc kilka osób się zakradło i podsłuchiwało. Serio szczury tak ci smakują? Bo może znajdzie sië jakiś na śmietniku? - parsknął
-Ta - prychnęłam - Pewnie już dawno je zabrali, byśmy nie mogli ich złapać i użyć ich do samobójstwa.
-Niby jak? - spytał Gryffin.
-No na przykład łapiąc je i podrżynając sobie gardło ich ząbkami - wzruszyłam ramionami - Albo udusić się ich ogonami. Albo wepchnął je sobie do...
-Nie wiem, czy chce to usłyszeć - zaprotestował.
-Chciałam powiedzieć wepchnąć do gardła - powiedziałam znudzonym tonem - Kiedy wszyscy się ulotnili? Słyszałam jakiś hałas.
-Ta... Jedna z dziewczyn zrzuciła obraz. Cała nasza pietnastka uciekła - mruknął
-Pietnaście to kilka osób? - spytałam ironicznie unosząc brew - Niech ci będzie. A tak wogóle jestem Keira.
-Wiem. - zakrztusił się ponownie - Każdy już to wie po twoich nominacjach do igrzysk. Wczoraj jeszcze bardziej zyskałaś na popularności.
-Tia.... - wymruczałam - Żyję po to, by dostarczać rozrywki
-Po to są te igrzyska, nie? Poza tym nieźle grzmotnęłaś temu strażnikowi na dożynkach. Perfekcyjny sierpowy - pochwalił
-Długo czekałam, by móc mu bezkarnie przywalić - przyznałam - A więc? Kiedy te treningi, człowieku-bez-imienia?
Ktoś dokończy? Sorry, za długość, ale jak się człowiek nudzi...
*To opowiadanie do kogokolwiek, ale pisanie trybut/ka lub uważanie, by nie wymienić płci jest wkurzające, więc jest w rodzaju męskim
Dokończy kto?
-Keira, kochaneczko! - piskliwym głosem zawołała nasza ,,dystryktowska lalka Barbie'', czyli opiekunka dystryktu - Choć na kolacje, inaczej twój mentor będzie zdenerwowany!
-I tak jest na mnie wściekły, więc co za różnica?! - wydarłam się stojąc przy drzwiach, tak, by zabolało ją ucho, które przyciskała do nich.
Odskoczyła i narzekając na mnie pod nosem odeszła. Po chwili usłyszałam ciężkie kroki, ewidentnie mojego mentora. Załomotał w drzwi i teraz to ja musiałam od nich odskoczyć.
-Otwieraj natychmiast!!! - wrzeszczał
Odkrzyknęłam mu pare wulgaryzmów, którymi nazywano mnie często w 10-tce. Sapnął i gwałtownie wciągnął powietrze.
-UWAŻAJ, BO SIĘ ZAPOWIETRZYSZ! - warknęłam
Nagle zrobiło się cicho. Podejrzliwie nasłuchiwałam. O, kurde! Chyba żyłka mu pękła. Zaraz jednak znów zaczął walić w drzwi, niewątpliwie z pomocą opiekunki krzyczącej piskliwym głosem wraz z mentorem. Gwałtownie otworzyłam drzwi i ręka mentora wyleciała w powietrze. Zamikli i już mentor nabierał powietrza w płuca, by coś powiedzieć - niewątpliwie wrzasnąć - ale go uprzedziłam.
-Ty - wskazałam na fioletowo-czerwoną Barbie - nadawałabyś się do opery z tym sopranikiem. Za to ty - pokazałam palcem na mentora - ujadasz jak wściekły buldog z atakiem apopleksji.
-Buldog z atakiem apopleksji?! - wydarł się, a w tle usłyszałam stłumiony śmiech któregoś z trybutów - Już ja ci dam! Będę się śmiał, gdy będziesz zdychać na arenie, bo sponsorzy ci nie pomogli!!!
-Tylko mnie nie obśliń - skrzywiłam twarz w grymasie, ale w moich oczach było tylko okrucieństwo - Zły pies! Do budy! - machnęłam ręką i z zadowoleniem usłyszałam z salonu kolejną salwę śmiechu.
Ostatencyjnie wyszłam z pokoju i skierowałam się do jadalni. Szarpnięciem odsunęłam krzesło i usiadłam. Mentor tak się zapowietrzył, że aż zamilkł, a jegi twarz była tak czerwona jakby miała wybuchnąć.
-Uważaj, bo zaraz z uszu ci dym poleci - prychnęłam pod nosem, ale trybut po mojej lewej i trybutka po prawej usłyszeli i prawie się zakrztusili.
Mentor mamrotał pod nosem jaka to ja zła, kiedy awoksi przynieśli dziesiątki talerzy z najwykwintniejszymi daniami. Skrzywiłam się.
-Nie ma czegoś mniej wyszukanego? - jęknęłam
-Kochaneczko, Keira, a na co masz ochotę? - zaszczebiotała Barbie, licząc, że teraz mam lepszy humor i będę mniej mordercza - Kucharze na pewno zaraz ci to przygotują
-Serio? - ucieszyłam się i delikanie uśmiechnęłam {sztucznie, ale się nie zorientowała}
-Tak, tak - zapewniła - Mamy wszystko czego możesz sobie zamarzysz. Więc?
-Jest może wiewiórka? Najlepiej pieczona, ale może być gotowana - zapytałam z nadzieją
Nagle opiekunka przybrała zielonkawy odcień.
-Wiewiórka? - wykrztusiła
-No... - przeciągnęłam - Może też być szczur, ale odpowiednio doprawiony
Barbie wytrzeszczyła swoje żółte, dzięki soczewkom, oczy, co z jej obecnym kolorem skóry, czerwonymi włosami spiętymi w olbrzymi kok i ciemnofioletową, szeroką suknią, było ciekawą mieszanką kolorów. Jakby ktoś wyrzygał tęczę. Trybuci parsknęli śmiechem, a trybutka zerwała się jak oparzona i wyszła chichocząc. Po chwili usłyszałam głośny śmiech.
-Wiewiórka? - powtórzyła znowu opiekunka vel ,,zwymiotowana tęcza'' - Szczur? Nie wolisz czegoś mniej...eee...pospolitego? W końcu tu są same specjały, a nie obrzydlistwa!
Przewróciłam oczami i pominęłam fakt, że dobrze zrobiony szczur był smaczny.
-Więc o nietoperzu mogę zapomnieć? - spytałam, a zielony odcień skóry Barbie pogłębił się
Po długich dyskusjach dostałam królika, jednak mamrotałam pod nosem o tym jak dobre są te ,,obrzydlistwa'', gdy się je dobrze zrobi. Usłyszałam jakiś hałas na korytarzu, jakby coś spadło, ale wzruszyłam ramionami i do reszty pochłoniłam królika.
★★★
Następnego dnia miały zostać ogłoszone godziny treningów. Nie chciałam tam iść, więc uznałam, że później kogoś zapytam. Po obiedzie wyszłam i na piętrze niżej natknęłam się na Gryffina Steward'a.
-O której są treningi? - zapytałam.Gryffin Steward parsknął śmiechem.
-To ty prawda? - zapytał, gdy się uspokoił.
-Co ja? - zawarczałam.
-Wczoraj. Na kolacji. - nadal chichotał - To twój głos. Ty się tak darłaś na mentora. Było cię słychać. Ich również. Później było trochę ciszej, więc kilka osób się zakradło i podsłuchiwało. Serio szczury tak ci smakują? Bo może znajdzie sië jakiś na śmietniku? - parsknął
-Ta - prychnęłam - Pewnie już dawno je zabrali, byśmy nie mogli ich złapać i użyć ich do samobójstwa.
-Niby jak? - spytał Gryffin.
-No na przykład łapiąc je i podrżynając sobie gardło ich ząbkami - wzruszyłam ramionami - Albo udusić się ich ogonami. Albo wepchnął je sobie do...
-Nie wiem, czy chce to usłyszeć - zaprotestował.
-Chciałam powiedzieć wepchnąć do gardła - powiedziałam znudzonym tonem - Kiedy wszyscy się ulotnili? Słyszałam jakiś hałas.
-Ta... Jedna z dziewczyn zrzuciła obraz. Cała nasza pietnastka uciekła - mruknął
-Pietnaście to kilka osób? - spytałam ironicznie unosząc brew - Niech ci będzie. A tak wogóle jestem Keira.
-Wiem. - zakrztusił się ponownie - Każdy już to wie po twoich nominacjach do igrzysk. Wczoraj jeszcze bardziej zyskałaś na popularności.
-Tia.... - wymruczałam - Żyję po to, by dostarczać rozrywki
-Po to są te igrzyska, nie? Poza tym nieźle grzmotnęłaś temu strażnikowi na dożynkach. Perfekcyjny sierpowy - pochwalił
-Długo czekałam, by móc mu bezkarnie przywalić - przyznałam - A więc? Kiedy te treningi, człowieku-bez-imienia?
Ktoś dokończy? Sorry, za długość, ale jak się człowiek nudzi...
*To opowiadanie do kogokolwiek, ale pisanie trybut/ka lub uważanie, by nie wymienić płci jest wkurzające, więc jest w rodzaju męskim
Dokończy kto?
czwartek, 17 lipca 2014
Od Keiry
Byłam podniecona faktem, że wezmę udział w igrzyskach. Chciałam się zgłosić odkąd skończyłam pięć lat. W moim dykstrykcie raczej nikt poza mną nie był chętny do czegoś takiego. Wciągnęłam na siebie czarną, lekko podartą sukienkę. Innej nie miałam. Pod spodem miałam spodnie i szeroki top. Włosy zostawiłam rozpuszczone. Nie obchodziło mnie zdanie Kapitolu. Moi rodzice zostali zabici ,,dla przykładu''. Niewielka strata. Oboje byli alkoholikami i kupowali nielegalne trunki. Poza tym zarzynali zwierzęta w hodowli. Właściwie to byłam ja.... Zmuszali mnie do tego od kiedy byłam w stanie utrzymać nóż. Zwaliliby winę na mniee. Cóż... trochę im nie wyszło. Wyszłam z małego hmmm.... jak to nazwać? Przypominało to prowizoryczną chatę zrobioną ze śmieci, drewna i kości zwierząt. Brałam co dawali i nie byłam wybredna, a kości nadawały się na rusztowanie. Odsunęłam belę drewna - moje ,,drzwi''- i ruszyłam do miasta, jeśli tak można było nazwać tą śmierdzącą łajnem norę. Wiatr wiał, a moje włosy chłostały mnie po twarzy. Po chwili usłyszałam grzmot. To dobry znak, zważywszy jak nazywała mnie ludność. Tylko jedna osoba nazywała mnie Rosso umeme - czerwonym piorunem. Dla innych byłam po prostu mroczną kobietą, bądź żyjącą w mroku. I to dlatego, że ktoś ciekawy przetłumaczył moje imię. Chociaż.... Gdyby nazywali mnie po czynach, słyszałabym gorsze obelgi.
Wybrali ich. Sztuczna lala z kapitolu o wściekle czerwonych włosach, przypominających mój kolor wylosowała najpierw jakąś dziewczynę, a później drugą, która wyglądała na starszą.
-Zgłaszam się na ochotnika - wykrzyczałam z diabelskim uśmiechem na twarzy
Tłum zaczął się oglądać i szeptać. Słyszałam obelgi, prześladujące mnie całe życie. Żołnierze odprowadzili mnie do sceny, a jedna z dziewczyn zeszła. Kiedy wylosowano chłopaków i mieliśmy iść wyszłam na środek sceny.
-Radze wam zasłaniać oczy dzieciom przy oglądaniu rzysk, bo obiecuję, że będą najbardziej krwawe w historii. Już ja oto zadbam - warknęłam, nie używając mikrofonu
Jeden żołnierzy przywalił mi w twarz. Cios był silny, ale nawet nie drgnęłam, po czym z ogromną prędkością mu oddałam. Poleciał na ziemię. Wycelowano we mnie pistoletami. Czułam zimną stal przy głowie. Uśmiechnęłam się drapieżnie.
-Nie strzelisz, żołnierzyku - odwróciłam się i przejechałam językiem po zębach - Nie możesz. Nie martw się. Specjalnie z dedykacją dla ciebie zabiję pierwszą osobę, kochany - wysyczałam i wyszłam zatrzaskując drzwi
Czułam ekscytacje. No dalej, kapitolu! Co dla mnie macie?
Po przewiezienia mnie do kapitolu rozpoczęto przygotowania do parady. Mój stylista, Cutt był dość strachliwy i niezadowolony, z faktu, że dostał mnie. Kiedy ubieranie innych zakończył z radością, kiedy podszedł do mnie, miał minę ,, Nie ugryź mnie! To tylko moja praca!''. Posłałam mu drapieżne spojrzenie, ale obecność strażników go uspokoiła i przystąpił do pracy.
-Nie! - warknęłam, gdy opowiedział mi o mojej kreacji
-Nie zmienię całej stylizacji dla ciebie! - odpowiedział
-Gównø mnie to obchodzi! - prychnęłam i sprawnym ruchem podarłam projekt - Nie założę tego czegoś! Nie będę paradować w stringach i skąpym staniku!
Po kilku godzinnach kłótni i tego, że podarłam trzy kostiumy zrobione przez niego, zgodził się na kompromis i dodał więcej materiału. Już miałam podrzeć i to, ale nagle spłynęła na niego wena i sam rozdarł projekt. Po chwili moim oczom ukazał się całkiem fajny strój.
Byłam przebrana za... nie wiem co. Moje włosy były rozpuszczone i powiewały gwałtownie na wietrze. Ich czerwono-rudy kolor, przypominał krew, a teraz falowały za mną niczym sztandar. Miałam na sobie spodenki, zakrywające mnie do połowy uda, ze skóry i również skórzany top. Opleciona byłam skórą i łańcuchami brzęczącymi na wietrze. Mocny czarny makijaż podkreślał moje twarde rysy twarzy, a ja sama przybrałam groźną minę, piorunując wszystkich wzrokiem. Jednak najlepszymi elementami były atrapy noży i jeden z nich, zakrwawiony sztuczną krwią. W drugiej dłoni trzymałam czarną włócznię z nabitym na nią łbem czarnego byka. Cóż... jakby nie było dystrykt 10 zajmował się hodowlą bydła. Widziałam różne kostiumy, jednak mój i tak najbardziej mi się podobał. Zobaczyłam zazdrosne spojrzenie jednej trybutki, która miała na sobie głupawy kostium. Uśmiechnęłam się drapieżnie i szyderczo zarazem i spojrzałam ponownie ,spode łba'' na widownię. Nie mogłam się doczekać treningów.
Następnego dnia na poważnie pogadałam z moim mentorem i opiekunką dystryktu - ubraną w ciemnofioletową suknię, damę o płomienistych włosach. Mój mentor był wściekły, za to całe darcie projektów, co skwitowałam jednym zdaniem:
-I tak trafię na arenę, więc co za różnica. Poza tym dzięki mnie, ten durny projektant jest teraz na ustach wszystkich. I wszyscy szczęśliwi - wzruszyłam ramionami - Kiedy pierwszy trening?
-To ma chølerne znaczenie - wydarł się mentor, a opiekunka potakiwała piskliwym głosem - A sponsorzy?! Oni mogą uratować ci życie!
-Powiem to raz: W dupiė mam twoich sponsorów! Poradzę sobie bez nich, albo bez nich zginę! Dotarło do twojej mózgownicy?! - syknęłam
-Będziesz miała słabe noty! Zero sponsorów! I będziesz głównym celem! - wrzeszczał za mną, kiedy wychodziłam z pokoju, jednak zaraz zawróciłam.
-Słuchaj! - warknęłam - Jeśli chce dostać wysokie noty to je dostanę! Każdy kto weźmie mnie na cel, zginie!
-Nie możesz być taka pewna, bo to cię zgubi! - wrzasnął, a fioletowa pańcia potaknęła
-Wiem o igrzyskach tyle co ty! - prychnęłam
.Bo co?! Bo je oglądałaś?! Nic nie zastąpi tego co czujesz na arenie! - odparł
-To mi o tym powiedz! - zarządałam
-Czujesz niepokój. Z każdej strony może być wróg. Nie masz niczego i musisz przetrwać polegając tylko na sobie i to nie na niewyparzonej gębie! - wykrzyczał
-Znam te uczucia lepiej niż ty - wymruczałam cicho - Towarzyszyły mi od urodzenia. Te zdenerwowanie i niemożność, opory, by zabić. Te przerażenie i bezradność. Samotność. Brak wpływu na wszystko. Znam to wszystko. Wiesz skąd? Mój ojciec nim zaczął pić po śmierci mojej siostry dokładał wszystkich starań, bym dowiedziała się jak to jest. Chciał bym była twarda i gotowa jeśli mnie wylosują. Kiedy się upijał biłam się z nim wszelką bronią. Możesz domyślać się reszty - westchnęłam nadal piorunując go wzrokiem
-Co twój ojciec mógł o tym wiedzieć? - prychnął mentor zaskoczony obrotem spraw
-Bo sam wygrał igrzyska. W siedemdziesiątym czwartym. - oznajmiłam i odeszłam
-Liam.... - wyszeptał mentor i zawołał za mną - Znałem go! Byłem jego mentorem! Do diabła, zachowywał się jak ty!
Wyszłam z pokoju na dach i zaczęłam się rozciągać, a potem ćwiczyć ciosy. Dziś powiedziałam za dużo i nie mogłam tego powtórzyć.
Wybrali ich. Sztuczna lala z kapitolu o wściekle czerwonych włosach, przypominających mój kolor wylosowała najpierw jakąś dziewczynę, a później drugą, która wyglądała na starszą.
-Zgłaszam się na ochotnika - wykrzyczałam z diabelskim uśmiechem na twarzy
Tłum zaczął się oglądać i szeptać. Słyszałam obelgi, prześladujące mnie całe życie. Żołnierze odprowadzili mnie do sceny, a jedna z dziewczyn zeszła. Kiedy wylosowano chłopaków i mieliśmy iść wyszłam na środek sceny.
-Radze wam zasłaniać oczy dzieciom przy oglądaniu rzysk, bo obiecuję, że będą najbardziej krwawe w historii. Już ja oto zadbam - warknęłam, nie używając mikrofonu
Jeden żołnierzy przywalił mi w twarz. Cios był silny, ale nawet nie drgnęłam, po czym z ogromną prędkością mu oddałam. Poleciał na ziemię. Wycelowano we mnie pistoletami. Czułam zimną stal przy głowie. Uśmiechnęłam się drapieżnie.
-Nie strzelisz, żołnierzyku - odwróciłam się i przejechałam językiem po zębach - Nie możesz. Nie martw się. Specjalnie z dedykacją dla ciebie zabiję pierwszą osobę, kochany - wysyczałam i wyszłam zatrzaskując drzwi
Czułam ekscytacje. No dalej, kapitolu! Co dla mnie macie?
Po przewiezienia mnie do kapitolu rozpoczęto przygotowania do parady. Mój stylista, Cutt był dość strachliwy i niezadowolony, z faktu, że dostał mnie. Kiedy ubieranie innych zakończył z radością, kiedy podszedł do mnie, miał minę ,, Nie ugryź mnie! To tylko moja praca!''. Posłałam mu drapieżne spojrzenie, ale obecność strażników go uspokoiła i przystąpił do pracy.
-Nie! - warknęłam, gdy opowiedział mi o mojej kreacji
-Nie zmienię całej stylizacji dla ciebie! - odpowiedział
-Gównø mnie to obchodzi! - prychnęłam i sprawnym ruchem podarłam projekt - Nie założę tego czegoś! Nie będę paradować w stringach i skąpym staniku!
Po kilku godzinnach kłótni i tego, że podarłam trzy kostiumy zrobione przez niego, zgodził się na kompromis i dodał więcej materiału. Już miałam podrzeć i to, ale nagle spłynęła na niego wena i sam rozdarł projekt. Po chwili moim oczom ukazał się całkiem fajny strój.
Byłam przebrana za... nie wiem co. Moje włosy były rozpuszczone i powiewały gwałtownie na wietrze. Ich czerwono-rudy kolor, przypominał krew, a teraz falowały za mną niczym sztandar. Miałam na sobie spodenki, zakrywające mnie do połowy uda, ze skóry i również skórzany top. Opleciona byłam skórą i łańcuchami brzęczącymi na wietrze. Mocny czarny makijaż podkreślał moje twarde rysy twarzy, a ja sama przybrałam groźną minę, piorunując wszystkich wzrokiem. Jednak najlepszymi elementami były atrapy noży i jeden z nich, zakrwawiony sztuczną krwią. W drugiej dłoni trzymałam czarną włócznię z nabitym na nią łbem czarnego byka. Cóż... jakby nie było dystrykt 10 zajmował się hodowlą bydła. Widziałam różne kostiumy, jednak mój i tak najbardziej mi się podobał. Zobaczyłam zazdrosne spojrzenie jednej trybutki, która miała na sobie głupawy kostium. Uśmiechnęłam się drapieżnie i szyderczo zarazem i spojrzałam ponownie ,spode łba'' na widownię. Nie mogłam się doczekać treningów.
Następnego dnia na poważnie pogadałam z moim mentorem i opiekunką dystryktu - ubraną w ciemnofioletową suknię, damę o płomienistych włosach. Mój mentor był wściekły, za to całe darcie projektów, co skwitowałam jednym zdaniem:
-I tak trafię na arenę, więc co za różnica. Poza tym dzięki mnie, ten durny projektant jest teraz na ustach wszystkich. I wszyscy szczęśliwi - wzruszyłam ramionami - Kiedy pierwszy trening?
-To ma chølerne znaczenie - wydarł się mentor, a opiekunka potakiwała piskliwym głosem - A sponsorzy?! Oni mogą uratować ci życie!
-Powiem to raz: W dupiė mam twoich sponsorów! Poradzę sobie bez nich, albo bez nich zginę! Dotarło do twojej mózgownicy?! - syknęłam
-Będziesz miała słabe noty! Zero sponsorów! I będziesz głównym celem! - wrzeszczał za mną, kiedy wychodziłam z pokoju, jednak zaraz zawróciłam.
-Słuchaj! - warknęłam - Jeśli chce dostać wysokie noty to je dostanę! Każdy kto weźmie mnie na cel, zginie!
-Nie możesz być taka pewna, bo to cię zgubi! - wrzasnął, a fioletowa pańcia potaknęła
-Wiem o igrzyskach tyle co ty! - prychnęłam
.Bo co?! Bo je oglądałaś?! Nic nie zastąpi tego co czujesz na arenie! - odparł
-To mi o tym powiedz! - zarządałam
-Czujesz niepokój. Z każdej strony może być wróg. Nie masz niczego i musisz przetrwać polegając tylko na sobie i to nie na niewyparzonej gębie! - wykrzyczał
-Znam te uczucia lepiej niż ty - wymruczałam cicho - Towarzyszyły mi od urodzenia. Te zdenerwowanie i niemożność, opory, by zabić. Te przerażenie i bezradność. Samotność. Brak wpływu na wszystko. Znam to wszystko. Wiesz skąd? Mój ojciec nim zaczął pić po śmierci mojej siostry dokładał wszystkich starań, bym dowiedziała się jak to jest. Chciał bym była twarda i gotowa jeśli mnie wylosują. Kiedy się upijał biłam się z nim wszelką bronią. Możesz domyślać się reszty - westchnęłam nadal piorunując go wzrokiem
-Co twój ojciec mógł o tym wiedzieć? - prychnął mentor zaskoczony obrotem spraw
-Bo sam wygrał igrzyska. W siedemdziesiątym czwartym. - oznajmiłam i odeszłam
-Liam.... - wyszeptał mentor i zawołał za mną - Znałem go! Byłem jego mentorem! Do diabła, zachowywał się jak ty!
Wyszłam z pokoju na dach i zaczęłam się rozciągać, a potem ćwiczyć ciosy. Dziś powiedziałam za dużo i nie mogłam tego powtórzyć.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)