Nadeszła pora kolacji. To była druga odkąd tu przyjechałam. Na wczorajszym posiłku mnie nie było, na dziesiejszym obiedzie również. Do tej pory jadłam tylko śniadanie. Poczekałam jak wszyscy skończą i się rozejdą i śmignęłam do jadalni, by zgarnąć jakieś resztki z rąk zaskoczonej dziewczyny-awoksa. Wyrwałam jej je z ręki i czmychnęłam do pokoju. Teraz jednak nie będzie tak łatwo...
-Keira, kochaneczko! - piskliwym głosem zawołała nasza ,,dystryktowska lalka Barbie'', czyli opiekunka dystryktu - Choć na kolacje, inaczej twój mentor będzie zdenerwowany!
-I tak jest na mnie wściekły, więc co za różnica?! - wydarłam się stojąc przy drzwiach, tak, by zabolało ją ucho, które przyciskała do nich.
Odskoczyła i narzekając na mnie pod nosem odeszła. Po chwili usłyszałam ciężkie kroki, ewidentnie mojego mentora. Załomotał w drzwi i teraz to ja musiałam od nich odskoczyć.
-Otwieraj natychmiast!!! - wrzeszczał
Odkrzyknęłam mu pare wulgaryzmów, którymi nazywano mnie często w 10-tce. Sapnął i gwałtownie wciągnął powietrze.
-UWAŻAJ, BO SIĘ ZAPOWIETRZYSZ! - warknęłam
Nagle zrobiło się cicho. Podejrzliwie nasłuchiwałam. O, kurde! Chyba żyłka mu pękła. Zaraz jednak znów zaczął walić w drzwi, niewątpliwie z pomocą opiekunki krzyczącej piskliwym głosem wraz z mentorem. Gwałtownie otworzyłam drzwi i ręka mentora wyleciała w powietrze. Zamikli i już mentor nabierał powietrza w płuca, by coś powiedzieć - niewątpliwie wrzasnąć - ale go uprzedziłam.
-Ty - wskazałam na fioletowo-czerwoną Barbie - nadawałabyś się do opery z tym sopranikiem. Za to ty - pokazałam palcem na mentora - ujadasz jak wściekły buldog z atakiem apopleksji.
-Buldog z atakiem apopleksji?! - wydarł się, a w tle usłyszałam stłumiony śmiech któregoś z trybutów - Już ja ci dam! Będę się śmiał, gdy będziesz zdychać na arenie, bo sponsorzy ci nie pomogli!!!
-Tylko mnie nie obśliń - skrzywiłam twarz w grymasie, ale w moich oczach było tylko okrucieństwo - Zły pies! Do budy! - machnęłam ręką i z zadowoleniem usłyszałam z salonu kolejną salwę śmiechu.
Ostatencyjnie wyszłam z pokoju i skierowałam się do jadalni. Szarpnięciem odsunęłam krzesło i usiadłam. Mentor tak się zapowietrzył, że aż zamilkł, a jegi twarz była tak czerwona jakby miała wybuchnąć.
-Uważaj, bo zaraz z uszu ci dym poleci - prychnęłam pod nosem, ale trybut po mojej lewej i trybutka po prawej usłyszeli i prawie się zakrztusili.
Mentor mamrotał pod nosem jaka to ja zła, kiedy awoksi przynieśli dziesiątki talerzy z najwykwintniejszymi daniami. Skrzywiłam się.
-Nie ma czegoś mniej wyszukanego? - jęknęłam
-Kochaneczko, Keira, a na co masz ochotę? - zaszczebiotała Barbie, licząc, że teraz mam lepszy humor i będę mniej mordercza - Kucharze na pewno zaraz ci to przygotują
-Serio? - ucieszyłam się i delikanie uśmiechnęłam {sztucznie, ale się nie zorientowała}
-Tak, tak - zapewniła - Mamy wszystko czego możesz sobie zamarzysz. Więc?
-Jest może wiewiórka? Najlepiej pieczona, ale może być gotowana - zapytałam z nadzieją
Nagle opiekunka przybrała zielonkawy odcień.
-Wiewiórka? - wykrztusiła
-No... - przeciągnęłam - Może też być szczur, ale odpowiednio doprawiony
Barbie wytrzeszczyła swoje żółte, dzięki soczewkom, oczy, co z jej obecnym kolorem skóry, czerwonymi włosami spiętymi w olbrzymi kok i ciemnofioletową, szeroką suknią, było ciekawą mieszanką kolorów. Jakby ktoś wyrzygał tęczę. Trybuci parsknęli śmiechem, a trybutka zerwała się jak oparzona i wyszła chichocząc. Po chwili usłyszałam głośny śmiech.
-Wiewiórka? - powtórzyła znowu opiekunka vel ,,zwymiotowana tęcza'' - Szczur? Nie wolisz czegoś mniej...eee...pospolitego? W końcu tu są same specjały, a nie obrzydlistwa!
Przewróciłam oczami i pominęłam fakt, że dobrze zrobiony szczur był smaczny.
-Więc o nietoperzu mogę zapomnieć? - spytałam, a zielony odcień skóry Barbie pogłębił się
Po długich dyskusjach dostałam królika, jednak mamrotałam pod nosem o tym jak dobre są te ,,obrzydlistwa'', gdy się je dobrze zrobi. Usłyszałam jakiś hałas na korytarzu, jakby coś spadło, ale wzruszyłam ramionami i do reszty pochłoniłam królika.
★★★
Następnego dnia miały zostać ogłoszone godziny treningów. Nie chciałam tam iść, więc uznałam, że później kogoś zapytam. Po obiedzie wyszłam i na piętrze niżej natknęłam się na Gryffina Steward'a.
-O której są treningi? - zapytałam.Gryffin Steward parsknął śmiechem.
-To ty prawda? - zapytał, gdy się uspokoił.
-Co ja? - zawarczałam.
-Wczoraj. Na kolacji. - nadal chichotał - To twój głos. Ty się tak darłaś na mentora. Było cię słychać. Ich również. Później było trochę ciszej, więc kilka osób się zakradło i podsłuchiwało. Serio szczury tak ci smakują? Bo może znajdzie sië jakiś na śmietniku? - parsknął
-Ta - prychnęłam - Pewnie już dawno je zabrali, byśmy nie mogli ich złapać i użyć ich do samobójstwa.
-Niby jak? - spytał Gryffin.
-No na przykład łapiąc je i podrżynając sobie gardło ich ząbkami - wzruszyłam ramionami - Albo udusić się ich ogonami. Albo wepchnął je sobie do...
-Nie wiem, czy chce to usłyszeć - zaprotestował.
-Chciałam powiedzieć wepchnąć do gardła - powiedziałam znudzonym tonem - Kiedy wszyscy się ulotnili? Słyszałam jakiś hałas.
-Ta... Jedna z dziewczyn zrzuciła obraz. Cała nasza pietnastka uciekła - mruknął
-Pietnaście to kilka osób? - spytałam ironicznie unosząc brew - Niech ci będzie. A tak wogóle jestem Keira.
-Wiem. - zakrztusił się ponownie - Każdy już to wie po twoich nominacjach do igrzysk. Wczoraj jeszcze bardziej zyskałaś na popularności.
-Tia.... - wymruczałam - Żyję po to, by dostarczać rozrywki
-Po to są te igrzyska, nie? Poza tym nieźle grzmotnęłaś temu strażnikowi na dożynkach. Perfekcyjny sierpowy - pochwalił
-Długo czekałam, by móc mu bezkarnie przywalić - przyznałam - A więc? Kiedy te treningi, człowieku-bez-imienia?
Ktoś dokończy? Sorry, za długość, ale jak się człowiek nudzi...
*To opowiadanie do kogokolwiek, ale pisanie trybut/ka lub uważanie, by nie wymienić płci jest wkurzające, więc jest w rodzaju męskim
Dokończy kto?
czwartek, 24 lipca 2014
czwartek, 17 lipca 2014
Od Keiry
Byłam podniecona faktem, że wezmę udział w igrzyskach. Chciałam się zgłosić odkąd skończyłam pięć lat. W moim dykstrykcie raczej nikt poza mną nie był chętny do czegoś takiego. Wciągnęłam na siebie czarną, lekko podartą sukienkę. Innej nie miałam. Pod spodem miałam spodnie i szeroki top. Włosy zostawiłam rozpuszczone. Nie obchodziło mnie zdanie Kapitolu. Moi rodzice zostali zabici ,,dla przykładu''. Niewielka strata. Oboje byli alkoholikami i kupowali nielegalne trunki. Poza tym zarzynali zwierzęta w hodowli. Właściwie to byłam ja.... Zmuszali mnie do tego od kiedy byłam w stanie utrzymać nóż. Zwaliliby winę na mniee. Cóż... trochę im nie wyszło. Wyszłam z małego hmmm.... jak to nazwać? Przypominało to prowizoryczną chatę zrobioną ze śmieci, drewna i kości zwierząt. Brałam co dawali i nie byłam wybredna, a kości nadawały się na rusztowanie. Odsunęłam belę drewna - moje ,,drzwi''- i ruszyłam do miasta, jeśli tak można było nazwać tą śmierdzącą łajnem norę. Wiatr wiał, a moje włosy chłostały mnie po twarzy. Po chwili usłyszałam grzmot. To dobry znak, zważywszy jak nazywała mnie ludność. Tylko jedna osoba nazywała mnie Rosso umeme - czerwonym piorunem. Dla innych byłam po prostu mroczną kobietą, bądź żyjącą w mroku. I to dlatego, że ktoś ciekawy przetłumaczył moje imię. Chociaż.... Gdyby nazywali mnie po czynach, słyszałabym gorsze obelgi.
Wybrali ich. Sztuczna lala z kapitolu o wściekle czerwonych włosach, przypominających mój kolor wylosowała najpierw jakąś dziewczynę, a później drugą, która wyglądała na starszą.
-Zgłaszam się na ochotnika - wykrzyczałam z diabelskim uśmiechem na twarzy
Tłum zaczął się oglądać i szeptać. Słyszałam obelgi, prześladujące mnie całe życie. Żołnierze odprowadzili mnie do sceny, a jedna z dziewczyn zeszła. Kiedy wylosowano chłopaków i mieliśmy iść wyszłam na środek sceny.
-Radze wam zasłaniać oczy dzieciom przy oglądaniu rzysk, bo obiecuję, że będą najbardziej krwawe w historii. Już ja oto zadbam - warknęłam, nie używając mikrofonu
Jeden żołnierzy przywalił mi w twarz. Cios był silny, ale nawet nie drgnęłam, po czym z ogromną prędkością mu oddałam. Poleciał na ziemię. Wycelowano we mnie pistoletami. Czułam zimną stal przy głowie. Uśmiechnęłam się drapieżnie.
-Nie strzelisz, żołnierzyku - odwróciłam się i przejechałam językiem po zębach - Nie możesz. Nie martw się. Specjalnie z dedykacją dla ciebie zabiję pierwszą osobę, kochany - wysyczałam i wyszłam zatrzaskując drzwi
Czułam ekscytacje. No dalej, kapitolu! Co dla mnie macie?
Po przewiezienia mnie do kapitolu rozpoczęto przygotowania do parady. Mój stylista, Cutt był dość strachliwy i niezadowolony, z faktu, że dostał mnie. Kiedy ubieranie innych zakończył z radością, kiedy podszedł do mnie, miał minę ,, Nie ugryź mnie! To tylko moja praca!''. Posłałam mu drapieżne spojrzenie, ale obecność strażników go uspokoiła i przystąpił do pracy.
-Nie! - warknęłam, gdy opowiedział mi o mojej kreacji
-Nie zmienię całej stylizacji dla ciebie! - odpowiedział
-Gównø mnie to obchodzi! - prychnęłam i sprawnym ruchem podarłam projekt - Nie założę tego czegoś! Nie będę paradować w stringach i skąpym staniku!
Po kilku godzinnach kłótni i tego, że podarłam trzy kostiumy zrobione przez niego, zgodził się na kompromis i dodał więcej materiału. Już miałam podrzeć i to, ale nagle spłynęła na niego wena i sam rozdarł projekt. Po chwili moim oczom ukazał się całkiem fajny strój.
Byłam przebrana za... nie wiem co. Moje włosy były rozpuszczone i powiewały gwałtownie na wietrze. Ich czerwono-rudy kolor, przypominał krew, a teraz falowały za mną niczym sztandar. Miałam na sobie spodenki, zakrywające mnie do połowy uda, ze skóry i również skórzany top. Opleciona byłam skórą i łańcuchami brzęczącymi na wietrze. Mocny czarny makijaż podkreślał moje twarde rysy twarzy, a ja sama przybrałam groźną minę, piorunując wszystkich wzrokiem. Jednak najlepszymi elementami były atrapy noży i jeden z nich, zakrwawiony sztuczną krwią. W drugiej dłoni trzymałam czarną włócznię z nabitym na nią łbem czarnego byka. Cóż... jakby nie było dystrykt 10 zajmował się hodowlą bydła. Widziałam różne kostiumy, jednak mój i tak najbardziej mi się podobał. Zobaczyłam zazdrosne spojrzenie jednej trybutki, która miała na sobie głupawy kostium. Uśmiechnęłam się drapieżnie i szyderczo zarazem i spojrzałam ponownie ,spode łba'' na widownię. Nie mogłam się doczekać treningów.
Następnego dnia na poważnie pogadałam z moim mentorem i opiekunką dystryktu - ubraną w ciemnofioletową suknię, damę o płomienistych włosach. Mój mentor był wściekły, za to całe darcie projektów, co skwitowałam jednym zdaniem:
-I tak trafię na arenę, więc co za różnica. Poza tym dzięki mnie, ten durny projektant jest teraz na ustach wszystkich. I wszyscy szczęśliwi - wzruszyłam ramionami - Kiedy pierwszy trening?
-To ma chølerne znaczenie - wydarł się mentor, a opiekunka potakiwała piskliwym głosem - A sponsorzy?! Oni mogą uratować ci życie!
-Powiem to raz: W dupiė mam twoich sponsorów! Poradzę sobie bez nich, albo bez nich zginę! Dotarło do twojej mózgownicy?! - syknęłam
-Będziesz miała słabe noty! Zero sponsorów! I będziesz głównym celem! - wrzeszczał za mną, kiedy wychodziłam z pokoju, jednak zaraz zawróciłam.
-Słuchaj! - warknęłam - Jeśli chce dostać wysokie noty to je dostanę! Każdy kto weźmie mnie na cel, zginie!
-Nie możesz być taka pewna, bo to cię zgubi! - wrzasnął, a fioletowa pańcia potaknęła
-Wiem o igrzyskach tyle co ty! - prychnęłam
.Bo co?! Bo je oglądałaś?! Nic nie zastąpi tego co czujesz na arenie! - odparł
-To mi o tym powiedz! - zarządałam
-Czujesz niepokój. Z każdej strony może być wróg. Nie masz niczego i musisz przetrwać polegając tylko na sobie i to nie na niewyparzonej gębie! - wykrzyczał
-Znam te uczucia lepiej niż ty - wymruczałam cicho - Towarzyszyły mi od urodzenia. Te zdenerwowanie i niemożność, opory, by zabić. Te przerażenie i bezradność. Samotność. Brak wpływu na wszystko. Znam to wszystko. Wiesz skąd? Mój ojciec nim zaczął pić po śmierci mojej siostry dokładał wszystkich starań, bym dowiedziała się jak to jest. Chciał bym była twarda i gotowa jeśli mnie wylosują. Kiedy się upijał biłam się z nim wszelką bronią. Możesz domyślać się reszty - westchnęłam nadal piorunując go wzrokiem
-Co twój ojciec mógł o tym wiedzieć? - prychnął mentor zaskoczony obrotem spraw
-Bo sam wygrał igrzyska. W siedemdziesiątym czwartym. - oznajmiłam i odeszłam
-Liam.... - wyszeptał mentor i zawołał za mną - Znałem go! Byłem jego mentorem! Do diabła, zachowywał się jak ty!
Wyszłam z pokoju na dach i zaczęłam się rozciągać, a potem ćwiczyć ciosy. Dziś powiedziałam za dużo i nie mogłam tego powtórzyć.
Wybrali ich. Sztuczna lala z kapitolu o wściekle czerwonych włosach, przypominających mój kolor wylosowała najpierw jakąś dziewczynę, a później drugą, która wyglądała na starszą.
-Zgłaszam się na ochotnika - wykrzyczałam z diabelskim uśmiechem na twarzy
Tłum zaczął się oglądać i szeptać. Słyszałam obelgi, prześladujące mnie całe życie. Żołnierze odprowadzili mnie do sceny, a jedna z dziewczyn zeszła. Kiedy wylosowano chłopaków i mieliśmy iść wyszłam na środek sceny.
-Radze wam zasłaniać oczy dzieciom przy oglądaniu rzysk, bo obiecuję, że będą najbardziej krwawe w historii. Już ja oto zadbam - warknęłam, nie używając mikrofonu
Jeden żołnierzy przywalił mi w twarz. Cios był silny, ale nawet nie drgnęłam, po czym z ogromną prędkością mu oddałam. Poleciał na ziemię. Wycelowano we mnie pistoletami. Czułam zimną stal przy głowie. Uśmiechnęłam się drapieżnie.
-Nie strzelisz, żołnierzyku - odwróciłam się i przejechałam językiem po zębach - Nie możesz. Nie martw się. Specjalnie z dedykacją dla ciebie zabiję pierwszą osobę, kochany - wysyczałam i wyszłam zatrzaskując drzwi
Czułam ekscytacje. No dalej, kapitolu! Co dla mnie macie?
Po przewiezienia mnie do kapitolu rozpoczęto przygotowania do parady. Mój stylista, Cutt był dość strachliwy i niezadowolony, z faktu, że dostał mnie. Kiedy ubieranie innych zakończył z radością, kiedy podszedł do mnie, miał minę ,, Nie ugryź mnie! To tylko moja praca!''. Posłałam mu drapieżne spojrzenie, ale obecność strażników go uspokoiła i przystąpił do pracy.
-Nie! - warknęłam, gdy opowiedział mi o mojej kreacji
-Nie zmienię całej stylizacji dla ciebie! - odpowiedział
-Gównø mnie to obchodzi! - prychnęłam i sprawnym ruchem podarłam projekt - Nie założę tego czegoś! Nie będę paradować w stringach i skąpym staniku!
Po kilku godzinnach kłótni i tego, że podarłam trzy kostiumy zrobione przez niego, zgodził się na kompromis i dodał więcej materiału. Już miałam podrzeć i to, ale nagle spłynęła na niego wena i sam rozdarł projekt. Po chwili moim oczom ukazał się całkiem fajny strój.
Byłam przebrana za... nie wiem co. Moje włosy były rozpuszczone i powiewały gwałtownie na wietrze. Ich czerwono-rudy kolor, przypominał krew, a teraz falowały za mną niczym sztandar. Miałam na sobie spodenki, zakrywające mnie do połowy uda, ze skóry i również skórzany top. Opleciona byłam skórą i łańcuchami brzęczącymi na wietrze. Mocny czarny makijaż podkreślał moje twarde rysy twarzy, a ja sama przybrałam groźną minę, piorunując wszystkich wzrokiem. Jednak najlepszymi elementami były atrapy noży i jeden z nich, zakrwawiony sztuczną krwią. W drugiej dłoni trzymałam czarną włócznię z nabitym na nią łbem czarnego byka. Cóż... jakby nie było dystrykt 10 zajmował się hodowlą bydła. Widziałam różne kostiumy, jednak mój i tak najbardziej mi się podobał. Zobaczyłam zazdrosne spojrzenie jednej trybutki, która miała na sobie głupawy kostium. Uśmiechnęłam się drapieżnie i szyderczo zarazem i spojrzałam ponownie ,spode łba'' na widownię. Nie mogłam się doczekać treningów.
Następnego dnia na poważnie pogadałam z moim mentorem i opiekunką dystryktu - ubraną w ciemnofioletową suknię, damę o płomienistych włosach. Mój mentor był wściekły, za to całe darcie projektów, co skwitowałam jednym zdaniem:
-I tak trafię na arenę, więc co za różnica. Poza tym dzięki mnie, ten durny projektant jest teraz na ustach wszystkich. I wszyscy szczęśliwi - wzruszyłam ramionami - Kiedy pierwszy trening?
-To ma chølerne znaczenie - wydarł się mentor, a opiekunka potakiwała piskliwym głosem - A sponsorzy?! Oni mogą uratować ci życie!
-Powiem to raz: W dupiė mam twoich sponsorów! Poradzę sobie bez nich, albo bez nich zginę! Dotarło do twojej mózgownicy?! - syknęłam
-Będziesz miała słabe noty! Zero sponsorów! I będziesz głównym celem! - wrzeszczał za mną, kiedy wychodziłam z pokoju, jednak zaraz zawróciłam.
-Słuchaj! - warknęłam - Jeśli chce dostać wysokie noty to je dostanę! Każdy kto weźmie mnie na cel, zginie!
-Nie możesz być taka pewna, bo to cię zgubi! - wrzasnął, a fioletowa pańcia potaknęła
-Wiem o igrzyskach tyle co ty! - prychnęłam
.Bo co?! Bo je oglądałaś?! Nic nie zastąpi tego co czujesz na arenie! - odparł
-To mi o tym powiedz! - zarządałam
-Czujesz niepokój. Z każdej strony może być wróg. Nie masz niczego i musisz przetrwać polegając tylko na sobie i to nie na niewyparzonej gębie! - wykrzyczał
-Znam te uczucia lepiej niż ty - wymruczałam cicho - Towarzyszyły mi od urodzenia. Te zdenerwowanie i niemożność, opory, by zabić. Te przerażenie i bezradność. Samotność. Brak wpływu na wszystko. Znam to wszystko. Wiesz skąd? Mój ojciec nim zaczął pić po śmierci mojej siostry dokładał wszystkich starań, bym dowiedziała się jak to jest. Chciał bym była twarda i gotowa jeśli mnie wylosują. Kiedy się upijał biłam się z nim wszelką bronią. Możesz domyślać się reszty - westchnęłam nadal piorunując go wzrokiem
-Co twój ojciec mógł o tym wiedzieć? - prychnął mentor zaskoczony obrotem spraw
-Bo sam wygrał igrzyska. W siedemdziesiątym czwartym. - oznajmiłam i odeszłam
-Liam.... - wyszeptał mentor i zawołał za mną - Znałem go! Byłem jego mentorem! Do diabła, zachowywał się jak ty!
Wyszłam z pokoju na dach i zaczęłam się rozciągać, a potem ćwiczyć ciosy. Dziś powiedziałam za dużo i nie mogłam tego powtórzyć.
Od Gryffina
Za każdy popełniony nieumyślnie błąd w związku z własnym
dobrem materialnym płaci się
surową cenę. Według mnie człowiek z opuszczonymi rękoma nic
nie zdziała.
***
Poranek został przyodziany gęstą mgłą,która samoistnie
zlewała się z wizerunkiem miasta. Ciocia Mei bez ładu i składu otworzyła
okiennice trącając mnie ręką. Przejawiłem kamienny wyraz twarzy po czym żwawo
przewróciłem się na drugi bok posłania. Bezzwłocznie odwróciła głowę patrząc w
jeden punkt, usiadła na krześle, spuściła głowę, załamała ręce. Unikaliśmy
kontaktu wzrokowego. Powód? Chociażby to, że nie ufałem jej nawet pomimo tego,
iż przekazała nam swój cały dorobek. Od zawsze szastała pieniędzmi jak gdyby
zasoby finansowe stały do nas otworem.
Pogłaskała moją głowę mówiąc:
-Śniadanie gotowe, Gryfusiu.-powiedziała słodko, ale
jednocześnie stanowczo i łagodnie.
Najbardziej nienawidziłem jak trzepała tym swoim jęzorem.
Trzepała trzy po trzy w dodatku nazywając mnie ''Gryfusiem'' odstawiała istną
fuszerkę.
Mam Cię dość!-krzyknąłem wytrącając z jej ręki
pranie, które miała właśnie rozwiesić.
Nie mogłem nic poradzić na to, że musiałem wyładować się
emocjonalnie. Widocznie taka już moja natura i szczerze mówiąc wisi mi to.
Plotłem to co mi ślina na język przyniesie i o dziwo nie
żałowałem.
Umyłem twarz, następnie zszedłem do jadalni, w której
czekała już na mnie moja siostra Jennifer. Widocznie usłyszała moją wymianę
słów z ciotką.
-Co mamy dzisiaj w planach?- zapytałem ponuro pełen
pesymizmu.
-Kopalnia,kopalnia i jeszcze raz kopalnia.-odpowiedziała spontanicznie przewracając łyżką w palcach.
-Nie przełknę tej bryi, co za paskudztwo. Nic lepszego,
zdającego się do jedzenia nie potrafiła przygotować? Już wolałabym jeść surową
wiewiórkę.-narzekam patrząc na owsiankę wyglądem przypominającą resztki z kubła
na śmieci razem wzięte.
-Nie martw się, po pracy pójdziemy na targowisko, a przy
odrobinie szczęścia może nakłonimy kogoś do wymiany białego sera i dwóch
bochenków chleba w zamian za trzy ryby i ocet, co o tym sądzisz?
-Ocet? To nie wróży nic dobrego.- zaprzeczalnie kręcę głową.
Dziwnym trafem w tym samym momencie ujrzeliśmy ciotkę Mei,
która właśnie szlajała się po kątach, szperając w segmencie.
-A-a, nic tam nie znajdziesz,wino sprzedane.-powiedziałem
zakładając nogę na nogę.
Dawno już rozgryzłem Mei i domyślam się o co ten cały
''pasztet''.
-Jak to sprzedane?-przełyka ślinę, a jej wzrok pada wprost
na mnie. Patrzy na mnie tak wrogo, że odnoszę wrażenie, że chciałaby mnie
zjeść na czczo.
Musimy wspólnie zaradzić alkoholowemu nałogowi w imię jej
dobra, ponieważ w gruncie rzeczy jest jedna nogę w grobie.-myślę.
-Przez Ciebie wylądujemy w sierocińcu głupia
babo.-odchrząknąłem rygorystycznie.
Zmarszczyła brwi, momentalnie upada na podłogę, najwidoczniej problemy za stawami dały o sobie znać.
Wymieniłem się spojrzeniem z Jennifer, ale nie przytaknęła.
Tak przypuszczałem. Sama uważa mnie za aroganta, sprzeciwiła mi się ponieważ
wszystko stawia na jedna kartę a ja na okrągło staje się ofiarą jej
lekceważącej postawy.Nie ma publicznej odwagi aby komuś winnemu wytknąć jego
wady lub zachować się ''po dyktatorsku'' jak ja.
***
EDIT: Jeszcze raz bardzo przepraszam, że nie mogłam bardziej
wysilić się w tym opowiadaniu tak, jakie miałam zamiary. Jeszcze raz dziękuję
za przyjęcia do bloga, bo wyraźnie na tym skorzystałam, dodatkowo czytając
ponownie tomy igrzysk mogę pofantazjować w kolejnych częściach mojego małego
opowiadania. Moja nieobecność przejawi się w dniach 18-29.07 przepraszam Was
jeszcze raz i ślę pozdrowienia. Po powrocie pojawi się następna część i mam
nawet pomysł na fajne szablony, które by można wykorzystać, zostanie również
dodany kursor, który uprzyjemni wam przebywanie tutaj. (:
środa, 16 lipca 2014
Od Silarwen
-Wstawaj Sil ! Dzisiaj dożynki. No wstawaj ! - krzyczała do mnie moja młodsza siostra Jessica.
-Zaraz. Zaraz wstaję.
- Sil ! Teraz, szybko !
-Eh, no dobra.
Wstałam, ubrałam sukienke o kolorze morza i zaczełam czesać moje długie włosy. Po 20 minutach i ja i Jessica byłyśmy gotowe. Powiedziałam :
-Mamo. Nie martw się. Nie wybiorą Jessi.
-Racja, bardziej powinnam się bać o Ciebie- odparła mama
*
Stałam na ogromnym placu w Dystrykcie 4. Leciał film z kapitolu, strasznie nudy jeśli słyszysz go co roku. Po zakończeniu go, na scene weszła dziewczyna, Capitolinka w röżowej sukni. Zaczeła nas witać, po czym wyciągneła karteczke z kuli. Otworzyła i powiedziała :
- Silarwen Carnesir.
No to super, jeśli przeżyje igrzyska, mama mnie zabije w domu. Przybrałam ostry wyraz twarzy i ruszyłam zamaszyście na scene. Patrzyłam przed siebie i czekałam na koniec tej "parady". Pod koniec każde z nas pokazało trzy palce. Szybko nas zabrali i zamkneli w osobnych pokojach. Wpadła do mnie Jessi z mamą. Złą na mnie mamą. Powiedziała że oczywiście to mnie najpier zabiją i już do nich nie wróce. Odparłam "być może" i je wyrzuciłam z komnaty. Po tem nas wszystkich zabrali i wyruszyliśmy do Capitolu.
*
Stałam w rydwanie, z jakimś chłopakiem. Mój projektant, o imieniu Josh przeszedł samego siebie i zrobił mi piękną suknie, która falowała jak morze. Dostałam polecenie, machania i uśmiechania się do ludzi, w tym sponsorów. Jechaliśmy po placu, zawróciliśmy i byliśmy znowu w tym changarze, czy jak to nazwać.
*
Na kolacji mało kto się odzywał. Było spokojnie i cicho. Zjadłam jakieś mięso i surówke. Nie byłam głodna, bo w 4 nie głoduję. Po kolacji, każdy udał się do swojego pokoju. Zasnełam od razu.
(OPOWIADANIE NIEAKTUALNE)
-Zaraz. Zaraz wstaję.
- Sil ! Teraz, szybko !
-Eh, no dobra.
Wstałam, ubrałam sukienke o kolorze morza i zaczełam czesać moje długie włosy. Po 20 minutach i ja i Jessica byłyśmy gotowe. Powiedziałam :
-Mamo. Nie martw się. Nie wybiorą Jessi.
-Racja, bardziej powinnam się bać o Ciebie- odparła mama
*
Stałam na ogromnym placu w Dystrykcie 4. Leciał film z kapitolu, strasznie nudy jeśli słyszysz go co roku. Po zakończeniu go, na scene weszła dziewczyna, Capitolinka w röżowej sukni. Zaczeła nas witać, po czym wyciągneła karteczke z kuli. Otworzyła i powiedziała :
- Silarwen Carnesir.
No to super, jeśli przeżyje igrzyska, mama mnie zabije w domu. Przybrałam ostry wyraz twarzy i ruszyłam zamaszyście na scene. Patrzyłam przed siebie i czekałam na koniec tej "parady". Pod koniec każde z nas pokazało trzy palce. Szybko nas zabrali i zamkneli w osobnych pokojach. Wpadła do mnie Jessi z mamą. Złą na mnie mamą. Powiedziała że oczywiście to mnie najpier zabiją i już do nich nie wróce. Odparłam "być może" i je wyrzuciłam z komnaty. Po tem nas wszystkich zabrali i wyruszyliśmy do Capitolu.
*
Stałam w rydwanie, z jakimś chłopakiem. Mój projektant, o imieniu Josh przeszedł samego siebie i zrobił mi piękną suknie, która falowała jak morze. Dostałam polecenie, machania i uśmiechania się do ludzi, w tym sponsorów. Jechaliśmy po placu, zawróciliśmy i byliśmy znowu w tym changarze, czy jak to nazwać.
*
Na kolacji mało kto się odzywał. Było spokojnie i cicho. Zjadłam jakieś mięso i surówke. Nie byłam głodna, bo w 4 nie głoduję. Po kolacji, każdy udał się do swojego pokoju. Zasnełam od razu.
(OPOWIADANIE NIEAKTUALNE)
wtorek, 15 lipca 2014
niedziela, 13 lipca 2014
Nowy Trybut!
Witamy Gryffin'a

Zdjęcie Josh'a Hutchersona jest wyjątkiem. Jest to jedna z pierwszych postaci, które dołączyły, więc zgodziłam się. Potem nie będę już taka łaskawa. ~Klaudia (Cassandra)
Zdjęcie Josh'a Hutchersona jest wyjątkiem. Jest to jedna z pierwszych postaci, które dołączyły, więc zgodziłam się. Potem nie będę już taka łaskawa. ~Klaudia (Cassandra)
sobota, 12 lipca 2014
Od Mii
Mia. Mia Thermopolis. Dziewczyna, która najlepiej strzela z łuku w swoim dystrykcie. W Dystrykcie 13.
Z tych rozmyślań wyrwał mnie głos mojej najlepszej przyjaciöłki - Lilly. Powiedziała :
- Mia. Oni mnie wylosują. To mnie nie ominie. A ja nie dam rady.
- Nie wylosują Cię. A jak cię wylosują...to ja się zgłoszę.
- Na prawde ?
Nie odpowiedziałam. Ale Lilly zrozumiała.
Ubrałam się w błękitną sukienkę i uczesałam korone z warkoczy. Lilly wyglądała podobnie. Ruszyłyśmy na dożynki.
*
Dziewczyna ubrana na rózowo, ta z kapitolu którą tak cieszy film z Capitolu zaczeła grzebać w kuli. Po 3 minutach wyczytała
- Trybutem z tego dystryktu jest...Lilly Moscovitz ! Choć kochanienka !
Lilly stojąca koło mnie, zaczeła płakać. Wtedy powiedziałam, to co obiecała, :
- Zgłaszam si na ochotnika !
Wziełam rękę Lilly, mówiąc "wszystko będzie dobrze" i ruszyłam, z 2 strażnikami. Potem ta przeklęta kapitolska lalka barbie wyczytała 3 trybutów. Nie wiem kto to, bo rozmyślałam co powiem mamie.
*
Stałam w błękitnym rydwanie, razem z jakimś chłopakiem. Nie wiem szczerze kto to, bo nigdy go nie spotkałam. Ubrana była, w krótką ( szczerze, zakrótką) błękitną sukienkę, z skrzydłami. Chłopak miał garnitur tego samego koloru i skrzydła. Nie wiem co to miało do 13 , ale było ładne.
*
Po paradzie poszliśmy do naszej kwatery, która była na samej górze. Zjedliśmy kolacje. Ja jestem wegetarianką, co utrudniało mi jedzenie, bo oni mają tu same międo. Wziełam wszystkie surówki i kromke chleba. Trochę rozmawiałam z naszą mentorką - Mimiką i z opiekunem, o imieniu Josh. Po zjedzeniu tego dosyć dobrego dania udałam się do pokoju.
(OPOWIADANIE NIEAKTUALNE)
Z tych rozmyślań wyrwał mnie głos mojej najlepszej przyjaciöłki - Lilly. Powiedziała :
- Mia. Oni mnie wylosują. To mnie nie ominie. A ja nie dam rady.
- Nie wylosują Cię. A jak cię wylosują...to ja się zgłoszę.
- Na prawde ?
Nie odpowiedziałam. Ale Lilly zrozumiała.
Ubrałam się w błękitną sukienkę i uczesałam korone z warkoczy. Lilly wyglądała podobnie. Ruszyłyśmy na dożynki.
*
Dziewczyna ubrana na rózowo, ta z kapitolu którą tak cieszy film z Capitolu zaczeła grzebać w kuli. Po 3 minutach wyczytała
- Trybutem z tego dystryktu jest...Lilly Moscovitz ! Choć kochanienka !
Lilly stojąca koło mnie, zaczeła płakać. Wtedy powiedziałam, to co obiecała, :
- Zgłaszam si na ochotnika !
Wziełam rękę Lilly, mówiąc "wszystko będzie dobrze" i ruszyłam, z 2 strażnikami. Potem ta przeklęta kapitolska lalka barbie wyczytała 3 trybutów. Nie wiem kto to, bo rozmyślałam co powiem mamie.
*
Stałam w błękitnym rydwanie, razem z jakimś chłopakiem. Nie wiem szczerze kto to, bo nigdy go nie spotkałam. Ubrana była, w krótką ( szczerze, zakrótką) błękitną sukienkę, z skrzydłami. Chłopak miał garnitur tego samego koloru i skrzydła. Nie wiem co to miało do 13 , ale było ładne.
*
Po paradzie poszliśmy do naszej kwatery, która była na samej górze. Zjedliśmy kolacje. Ja jestem wegetarianką, co utrudniało mi jedzenie, bo oni mają tu same międo. Wziełam wszystkie surówki i kromke chleba. Trochę rozmawiałam z naszą mentorką - Mimiką i z opiekunem, o imieniu Josh. Po zjedzeniu tego dosyć dobrego dania udałam się do pokoju.
(OPOWIADANIE NIEAKTUALNE)
piątek, 11 lipca 2014
Od Cassandry
Napięłam cięciwę łuku. Wycelowałam w głowę manekina, po czym wystrzeliłam strzałę. Pocisk leciał po równej linii, a następnie przeszył kartonowy cel. Opuściłam łuk i popatrzyłam na innych. Blond-włosa dziewczyna, stojąca przy mnie nie mogła naciągnąć cięciwy. I takie truchło miało być wysłane na igrzyska? Umarłaby zanim by gra się rozpoczęła. Po mojej drugiej stronie stał ciemnowłosy chłopak. Do ręki wziął nóż i z półobrotu rzucił ostrzem w manekina. Trafił w tarczę na ręce. Pokiwałam ironicznie głową i spojrzałam na 16-latka. Chłopak popatrzył się na mnie jadowicie, po czym odszedł. Zaśmiałam się pod nosem i odeszłam. Wróciłam do swojego pokoju. Był wyłożony bordową tapetą we wzory. Rzuciłam się na łóżko. Łuk położyłam pod nim. Przez okno wskoczył wielki czarny pies.
-Cześć-uśmiechnęłam się blado. Pogłaskałam zwierzę po łbie. W tej chwili drzwi pokoju otworzyły się. Pies natychmiast wyskoczył.
-Kochanie, za kilkanaście minut dożynki. Przygotuj się-powiedziała matka surowym głosem. Z jękiem podniosłam się z łóżka i sięgnęłam do szafy. Znalazłam tam białą koszulę z dosyć wysokich kołnierzem, oraz długim rękawem. Wzięłam złożone w kostkę czarne spodnie, a po chwili wszystko miałam na sobie. Wyszłam z pokoju, a potem z domu. Podeszłam do stanowiska i oddałam krew z palca. Kilka minut po tym, stałam za szeregiem ładnie ubranych dziewcząt. Wpatrywałam się kulę z papierkami. Opiekun dystryktu wyjął pierwszą. Zacisnęłam mocno powieki.
-Cassandra Harris!-usłyszałam w uszach. Podniosłam głowę i popatrzyłam się wyzywająco. Jadowicie spojrzałam na opiekuna, po czym dziarsko zaczęłam stąpać na scenę. Chwilę potem stali przy mnie: 1 dziewczyna i 2 chłopaków. Uśmiechnęłam się cwanie, po czym podniosłam trzy palce do góry. Strażnicy Pokoju natychmiast mnie wzięli i zanieśli do pałacu. Usiadłam w swoim pokoju, a po chwili drzwi się otworzyły i wpadła przez nie moja matka.
-Co ty robisz?!-wrzasnęła i uderzyła mnie wierzchem dłoni w policzek.
-Daj spokój. Po co tu w ogóle przylazłaś?-jęknęłam.
Pusta rozmowa trwała jeszcze chwilę, po czym zabrali moją mamę.
Czekałam przez kilka minut, a następnie wyszłam i wsiadłam do pociągu. Skierowali mnie do mojego przedziału. Było tam doskonale. Wyścielane łóżko, stół z jedzeniem i piciem... Luksus. Rzuciłam się na łóżko i tylko czekałam na dotarcie do Capitolu.
***
Podróż zaliczona. Teraz tylko parada, kolacja, treningi i Igrzyska.
***
Wsiadłam do rydwanu z jakimś chłopakiem. Patrzyłam się przed siebie i za nic nie chciałam machać do publiczności. Strój jakiś wyjątkowy nie był. Przejechaliśmy całą drogę i wróciliśmy.
***
Zasiadłam do stołu wraz z innymi trybutami, opiekunem dystryktu oraz mentorem. Zabrałam się do jedzenia. Nałożyłam sobie cielęcinę, polaną sosem mięsnym i owocami. Po udanej, w moim wykonaniu, cichej ,,wieczerzy" wróciłam do pokoju i położyłam się na łóżko, po czym zasnęłam dosyć szybko...
-Cześć-uśmiechnęłam się blado. Pogłaskałam zwierzę po łbie. W tej chwili drzwi pokoju otworzyły się. Pies natychmiast wyskoczył.
-Kochanie, za kilkanaście minut dożynki. Przygotuj się-powiedziała matka surowym głosem. Z jękiem podniosłam się z łóżka i sięgnęłam do szafy. Znalazłam tam białą koszulę z dosyć wysokich kołnierzem, oraz długim rękawem. Wzięłam złożone w kostkę czarne spodnie, a po chwili wszystko miałam na sobie. Wyszłam z pokoju, a potem z domu. Podeszłam do stanowiska i oddałam krew z palca. Kilka minut po tym, stałam za szeregiem ładnie ubranych dziewcząt. Wpatrywałam się kulę z papierkami. Opiekun dystryktu wyjął pierwszą. Zacisnęłam mocno powieki.
-Cassandra Harris!-usłyszałam w uszach. Podniosłam głowę i popatrzyłam się wyzywająco. Jadowicie spojrzałam na opiekuna, po czym dziarsko zaczęłam stąpać na scenę. Chwilę potem stali przy mnie: 1 dziewczyna i 2 chłopaków. Uśmiechnęłam się cwanie, po czym podniosłam trzy palce do góry. Strażnicy Pokoju natychmiast mnie wzięli i zanieśli do pałacu. Usiadłam w swoim pokoju, a po chwili drzwi się otworzyły i wpadła przez nie moja matka.
-Co ty robisz?!-wrzasnęła i uderzyła mnie wierzchem dłoni w policzek.
-Daj spokój. Po co tu w ogóle przylazłaś?-jęknęłam.
Pusta rozmowa trwała jeszcze chwilę, po czym zabrali moją mamę.
Czekałam przez kilka minut, a następnie wyszłam i wsiadłam do pociągu. Skierowali mnie do mojego przedziału. Było tam doskonale. Wyścielane łóżko, stół z jedzeniem i piciem... Luksus. Rzuciłam się na łóżko i tylko czekałam na dotarcie do Capitolu.
***
Podróż zaliczona. Teraz tylko parada, kolacja, treningi i Igrzyska.
***
Wsiadłam do rydwanu z jakimś chłopakiem. Patrzyłam się przed siebie i za nic nie chciałam machać do publiczności. Strój jakiś wyjątkowy nie był. Przejechaliśmy całą drogę i wróciliśmy.
***
Zasiadłam do stołu wraz z innymi trybutami, opiekunem dystryktu oraz mentorem. Zabrałam się do jedzenia. Nałożyłam sobie cielęcinę, polaną sosem mięsnym i owocami. Po udanej, w moim wykonaniu, cichej ,,wieczerzy" wróciłam do pokoju i położyłam się na łóżko, po czym zasnęłam dosyć szybko...
środa, 9 lipca 2014
Witam!
Witam Was i serdecznie zapraszam do dołączania! Mam nadzieję, że znajdzie się paru, albo nawet kilkunastu Igrzysko-Maniaków, którzy chcieliby tu dołączyć ;)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)