czwartek, 17 lipca 2014

Od Gryffina

Za każdy popełniony nieumyślnie błąd w związku z własnym dobrem materialnym płaci się
surową cenę. Według mnie człowiek z opuszczonymi rękoma nic nie zdziała.
***
Poranek został przyodziany gęstą mgłą,która samoistnie zlewała się z wizerunkiem miasta. Ciocia Mei bez ładu i składu otworzyła okiennice trącając mnie ręką. Przejawiłem kamienny wyraz twarzy po czym żwawo przewróciłem się na drugi bok posłania. Bezzwłocznie odwróciła głowę patrząc w jeden punkt, usiadła na krześle, spuściła głowę, załamała ręce. Unikaliśmy kontaktu wzrokowego. Powód? Chociażby to, że nie ufałem jej nawet pomimo tego, iż przekazała nam swój cały dorobek. Od zawsze szastała pieniędzmi jak gdyby zasoby finansowe stały do nas otworem.
Pogłaskała moją głowę mówiąc:
-Śniadanie gotowe, Gryfusiu.-powiedziała słodko, ale jednocześnie stanowczo i łagodnie.
Najbardziej nienawidziłem jak trzepała tym swoim jęzorem. Trzepała trzy po trzy w dodatku nazywając mnie ''Gryfusiem'' odstawiała istną fuszerkę.
Mam Cię dość!-krzyknąłem wytrącając z jej ręki pranie, które miała właśnie rozwiesić.
Nie mogłem nic poradzić na to, że musiałem wyładować się emocjonalnie. Widocznie taka już moja natura i szczerze mówiąc wisi mi to.
Plotłem to co mi ślina na język przyniesie i o dziwo nie żałowałem.
Umyłem twarz, następnie zszedłem do jadalni, w której czekała już na mnie moja siostra Jennifer. Widocznie usłyszała moją wymianę słów z ciotką.
-Co mamy dzisiaj w planach?- zapytałem ponuro pełen pesymizmu.
-Kopalnia,kopalnia i jeszcze raz kopalnia.-odpowiedziała spontanicznie przewracając łyżką w palcach.
-Nie przełknę tej bryi, co za paskudztwo. Nic lepszego, zdającego się do jedzenia nie potrafiła przygotować? Już wolałabym jeść surową wiewiórkę.-narzekam patrząc na owsiankę wyglądem przypominającą resztki z kubła na śmieci razem wzięte.
-Nie martw się, po pracy pójdziemy na targowisko, a przy odrobinie szczęścia może nakłonimy kogoś do wymiany białego sera i dwóch bochenków chleba w zamian za trzy ryby i ocet, co o tym sądzisz?
-Ocet? To nie wróży nic dobrego.- zaprzeczalnie kręcę głową.
Dziwnym trafem w tym samym momencie ujrzeliśmy ciotkę Mei, która właśnie szlajała się po kątach, szperając w segmencie.
-A-a, nic tam nie znajdziesz,wino sprzedane.-powiedziałem zakładając nogę na nogę.
Dawno już rozgryzłem Mei i domyślam się o co ten cały ''pasztet''.
-Jak to sprzedane?-przełyka ślinę, a jej wzrok pada wprost na mnie. Patrzy na mnie tak wrogo, że odnoszę wrażenie, że chciałaby mnie zjeść na czczo.
Musimy wspólnie zaradzić alkoholowemu nałogowi w imię jej dobra, ponieważ w gruncie rzeczy jest jedna nogę w grobie.-myślę.
-Przez Ciebie wylądujemy w sierocińcu głupia babo.-odchrząknąłem rygorystycznie.
Zmarszczyła brwi, momentalnie upada na podłogę, najwidoczniej problemy za stawami dały o sobie znać.
Wymieniłem się spojrzeniem z Jennifer, ale nie przytaknęła. Tak przypuszczałem. Sama uważa mnie za aroganta, sprzeciwiła mi się ponieważ wszystko stawia na jedna kartę a ja na okrągło staje się ofiarą jej lekceważącej postawy.Nie ma publicznej odwagi aby komuś winnemu wytknąć jego wady lub zachować się ''po dyktatorsku'' jak ja.
***
EDIT: Jeszcze raz bardzo przepraszam, że nie mogłam bardziej wysilić się w tym opowiadaniu tak, jakie miałam zamiary. Jeszcze raz dziękuję za przyjęcia do bloga, bo wyraźnie na tym skorzystałam, dodatkowo czytając ponownie tomy igrzysk mogę pofantazjować w kolejnych częściach mojego małego opowiadania. Moja nieobecność przejawi się w dniach 18-29.07 przepraszam Was jeszcze raz i ślę pozdrowienia. Po powrocie pojawi się następna część i mam nawet pomysł na fajne szablony, które by można wykorzystać, zostanie również dodany kursor, który uprzyjemni wam przebywanie tutaj. (:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz